Sen. Kto wymyślił sen, nie był moim przyjacielem! Nocna lampka, zapalana i gaszona na poczet rzadko spełnianej obietnicy – „teraz to już zasnę na pewno!”. Zamykanie oczu łatwiejsze od zamykania myśli. Te dają się odsunąć na sekundy i zaraz wypuszczają się, gdzie zechcą. Mają zupełną swobodę, kto im zabroni?
Tabletka nie działa, a dwie brać strach, bo się mogę przyzwyczaić. Jakby przyzwyczajenie do jednej to samo zdrowie! Dla fachowców, jak ja, w rozdziale bezsenność, podział na dni i noce istnieje tylko pozornie. Bezsenność jest bezkresnym czuwaniem, bezkrwawą torturą z nawiązką ciągłego zmęczenia. Nie zdrowego zmęczenia pracą, jak u normalnych ludzi – zmęczenia bezsennością.
Na podwórku kamienicy, gdzie nas Niemcy wywieźli, u pani Muszkietowej w Częstochowie, siedział na piętach sołdat. Na piętach potrafią wypoczywać tylko ludzie, spędzający życie na zewnątrz – chłopi i mieszkańcy Afryki. Żołnierz rozpalił małe ognisko i grzał na nim puszkę tuszonki. Na tuszonce, samogonie i pepeszy sowieci doszli aż do Berlina. Stałem w bezpiecznej odległości i mu się przyglądałem. Zauważył i uśmiechnął się. Może zostawił w jakimś chutorze takiego jak ja, malca? Po chwili skinął przywołująco ręką. Bałem się, ale co robić – podszedłem. Sięgnął do przepastnej kieszeni i coś wydobył. Małe, kwadratowe, brudno-brązowe. Podał zapraszającym gestem, żebym wziął do ust. Polizałem z wahaniem – słodkie! Kostka trofiejnego cukru! Uśmiechnął się, powiedział niezrozumiałe słowa i poklepał po głowie. Uciekłem.
Rosjanie są dla mnie, tak wówczas jak dziś, niezrozumiali i na swój sposób skomplikowani. Nie mają chwili zastanowienia pomiędzy serdeczną dobrodusznością, a straszliwym okrucieństwem. Sołdat z częstochowskiego podwórka, rozczulony widokiem małego chłopca, bez wahania gwałcił w przydrożnym rowie wyrwaną z chłopskiej furmanki kobietę, wbijając w nią potem pustą butelkę po samogonie.
Taka była dawna Rosja. Czyżby była taka wiecznie? Bezkresna i pogrążona w letargu feudalno-carskim, strącająca z siebie uśpienie rewolucyjno-sowiecka i równie brutalna dzisiejsza, federacyjna?
Co uczyniło ich takimi, co tchnęło w ich dusze okrucieństwo, co jest zaczynem wyrafinowanych tortur, będących chlebem powszednim Azjatów? Może pra-przyczyną ich dzikości są mongolscy chanowie? To również, ale także klanowa, surowość plemion rozrzuconych w bezkrestnych przestrzeniach azjatyckich stepów.
Co innego Europa, kształtująca mozolnie i wiekami stanowe podziały: rycerstwo, szlachta, mieszczaństwo, bankierzy, papieże, cesarze. W przeciwieństwie do wielkiego Wschodu, gdzie car i pop, generalissimus i pierwszy sekretarz, prezydent i premier, a na dole – niesprecyzowana ludzka plazma, tłamszona hasłami, terrorem i służalczym strachem. Bezdenna i wieczna przepaść tradycyjnego rosyjskiego losu, wiodącego drogą ikon i carskich popów, głoszących boskie dobro, prosto w otchłań stalinowskiego czy putinowskiego, bez różnicy, kiereszującego ludzkie losy zła.
Bezsenność i niemoc świata na wąskiej leżance burżujskiego psychoanalityka? Coś, jakby szum w uszach i bezsenna cisza, zobowiązująca do bezpośredniego opowiedzenia sobie siebie samego. Koszmar.
Nie potrzebuję muzy! Po tak nieprzespanej nocy, żadnej nie potrzebuję! Tym bardziej, że mówiąc prawdę, na muzy i inne wzloty natchnienia jest już za późno. To se uż nie wrati, pane Szafranek! Za późno na wszystko, prócz przyjaźni? Może, ale głowy bym za to nie dał. Niewolę poznaje się po kłamstwie (gdzieś przeczytałem). Po czym się poznaje muzy? Może po wampirach i innych demonach?
Myli się ten, kto wierzy, że celem podróży są miejsca. Celem jest przeżyć, co jeszcze zostało do przeżycia, a to oznacza również myślenie o sobie. Nie o rzeczach – te mają do siebie, że pojawiają się same. Pojawiają i znikają tylko po to, żeby się znowu pojawić.
Trump, Putin, Ukraina, Polska… Przesuwają się płyty tektoniczne polityki. Jedne wszerz, drugie w głąb. Nadchodzi nowa, w najwyższym stopniu niebezpieczna epoka imperium Artifcial Intelligence. A w Rosji tory ciągle szersze, niż gdzie indziej. Carscy urzędnicy przyszli do imperatora z propozycją: – Carze! Jesteśmy mocarstwem i musimy się jakoś wyróżniać. Proponujemy, żeby w Rosji tory kolejowe były szersze niż w Europie! A podstarzały car na to: – Na ch*j? No i stało się: tory są szersze o carskiego kutasa. Co zostanie po Putinie?
Miasta nocą wyglądają z samolotu, jakby się paliły. I palą się, świat pokazuje ohydną mordę. Zbliżają się szybko czasy, że nie wystarczy już powiedzieć: przed wojną. Przed którą?
Czym jestem? Pisaniem jestem. Trochę lepszym albo trochę gorszym pisaniem. Maszynką do mielenia słów, przemielam słowa, jak podroby. Co popędza moje myśli? Niewiele. Staram się wrócić do poezji, ale niestety, zamek mi się w drzwiach zaciął i nie wpuszcza. Za późno! Pocieszam się myślą, że przecież to, co się da napisać, wcale nie oznacza, że jest. Rymowanki owszem, śmieszą, ale czy to jest już poezja? Wystarczy jakiś pomysł, parę technicznych chwytów i gotowe. Rzemiosło.
W poecie jest (kim byłem), musi być coś więcej, bowiem autentyczny poeta nie wie, co napisze. To słowa go prowadzą, dokąd – jeszcze nie wie, ale się dowie, po to ma słowa. Muzycy mają inaczej. Nie powiem, że łatwiej, ale inaczej. Muzykom pojawia się od razu wszystko. W każdym razie ci wielcy tak mają. Mozart słyszał cały utwór naraz. Całość miał gotową i zapisywał bez żadnych poprawek.
Co jest gorsze od śmierci? Samotność. Jakie to głębokie, a przecież banał. Banałami łatwo wytapetować głowy i nazywa się to w zależności od potrzeby tradycją, mądrością narodów, patriotyzmem, wiarą… Życie, drodzy parafianie, nie jest po to, aby je rozumieć. Jest trochę abstrakcją, ale jest. Co ma wspólnego łyżka z jesienią? Je się nią! Jeżeli nigdy nie upadłeś, znaczy, że nigdy nie próbowałeś nowego. Cóż, nie było łatwo, ale w końcu warte było trudu.
Andrzej Szmilichowski