Moi rodacy – może ja też, trudno ocenić samego siebie – mają cechę doprowadzającą wielu, w tym mnie, do wściekłości. Jest to zadarty, często pod niebiosa zadarty nos.
Pocieszam się, że tak jest wszędzie na świecie, ale dodam, że u Polaków szczególnie rozwinięty jest również organ wyczulenia na karierę towarzyską. Polak ma nieomal pewność, że jedyną skuteczną drogą do awansu, jest wejście na salony. Waldemar Łysiak poświęcił dawno już temu całą, nadzwyczaj zresztą kąśliwą książkę, „Rzeczpospolita kłamców. SALON”.
Dla wielu Polaków, szczególnie polityków i literatów, salon to najefektywniejsza droga do kariery. Z obserwacji wynika, że na świecie dzieje się jednak trochę inaczej, bowiem droga do kariery prowadzi zazwyczaj poprzez awans społeczny. Ale nie u nas, u nas najważniejszy jest awans towarzyski. Bądź za pan brat z dyrektorem, prezesem, ministrem, posłem, senatorem, a wtedy cała reszta pójdzie gładko. Kontakty, kontakty…
Inną irytującą cechą, (w każdym razie mnie irytującą), jest pycha. Cecha brzydka i przykrywająca niestety cechę u Polaków bardzo piękną, opór. Duch oporu, resistance, twardość Polaków w więzieniach, na zsyłkach, w czasie zaborów czy okupacji, przykrywana jakże często brzydkim i odpychającym nawykiem okazywanej i niczym nieuzasadnionej pychy.
Czy potrafimy żyć społecznie? Nie bardzo, ponieważ mamy wyjątkowe trudności i wymaga dużo czasu, aby się do czegoś przekonać. Nie potrafię powiedzieć na czym to polega, ale może trochę wyjaśnią kolejne cechy – łatwości irytacji i niecierpliwość?
Należałoby się zastanowić bo to dotyczy wszystkich, ale szczególnie inteligentów i intelektualistów. Intelektualista pospołu z inteligentem mają w zetknięciu z ludźmi prostymi i mniej wykształconymi cechę, którą nie wiem nie jak nazwać. Jakąś wyższą niecierpliwość, potrafiącą łatwo doprowadzać do gniewu i co gorzej lekceważenia? Jest to rodzaj ukrywanej, niesprawiedliwej i niezrozumiałej wzgardy, ponieważ człowiek prosty dysponuje cechą nieomal nieosiągalną dla skomplikowanego ego niecierpliwego inteligenta – naturalną łatwość przyswajania rzeczywistego obrazu rzeczywistej rzeczywistości.
Czy być tak może, że niecierpliwość polskiego inteligenta powoduje częstokroć po prostu niedostateczne doinformowanie? Niby jest poinformowany, ale uważa, że niewystarczająco, co irytuje jego… inteligencję. Takie oto odczucia, mocniejsze niż się spodziewał, krążą mu po głowie, gdy ogarnia go niepokój spowodowany niepewnością i diabolicznością tego, co przed nim ukrywa magia zjawisk historycznych.
A w końcu, czyż wszystko to razem, z całym dobrodziejstwem inwentarza, z umysłowością, wrażliwością, psychologią, wolą i temperamentem, nie spoczywa przypadkiem na chybotliwej kładce osobistej kultury?
Żyję na tyle długo, że zdążyłem doznać różnych historycznych wcieleń. Dwudziesty wiek wciął się w moją historię złem hitleryzmu nazywanego nazizmem i bolszewizmu zwanego komunizmem. Jakoś przetrwałem, minęła pierwsza ćwiartka dwudziestego pierwszego wieku i stoję już trochę z boku, więc może się uchowam? Mnie już w tym wszystkim właściwie nie ma, choć jestem jak najbardziej. Ot, żart po prostu, paradoksalna drwina teraźniejszości.
Andrzej Szmilichowski