Ulec Pięknej: Spacery po nicejskim imaginarium (3)

Zajęliśmy z Elą stolik w ogródku restauracji przy Cours Saleya, najstarszym w Europie targu kwiatów ciętych. Trudno dziś sobie wyobrazić jakie musiał kiedyś sprawiać wrażenie na przybyszach, skoro Car Mikołaj II w dwa wagony zapakował kwiaty, by analogiczny targ ustanowić w Petersburgu. Jak kępy wielobarwnych i ściśniętych kwiatów musiały zachwycić Marca Chagalla, skoro ogromne bukiety umieszczał notorycznie na swoich malowidłach. Wielkie płótna podarował Nicei, miasto zbudowało jemu muzeum, do którego wciąż prowadzą długie kolejki amatorów Chagallowego imaginarium.

Nie dziwię się jego zachwytowi. Wielobarwne grzywy kwiatów w boksach to coś innego niż rabatki. Kiedy Burmistrz Nicei Jean Médecin zwrócił się do Chagalla o projekt plakatu, w którym zawarta byłaby kwintesencja miasta, ten namalował kobietę z rybim ogonem, która w objęciach trzyma słoneczną kulę pod postacią wielkiego bukietu kwiatów. Pod malunkiem widnieje odręczny podpis autora: Nice Soleil Fleurs Marc Chagall. Zatem Nicea to Słońce i Kwiaty. Zaiste, adoracja Słońca w tym mieście jedyna w swoim rodzaju. Na głównym Place Masséna, Fontanna Słońca, a w niej nagi siedmiometrowy Apollo. Wokół, parady, happeningi, tu finiszował Tour de France 2024. Będąc tam chce się zawołać: Vive Le Soleil! Spal nasze smutki!

Ale co tam, całe miasto, jego bulwary, place, promenady, czynią Niceę mistrzowskim ogrodem, godnym plakatowego hasła. Rzędy oleandrów, palm, akacji, krzewy bugenwilli, drzewa mimozy. Zarośla makiji, mirta, jałowiec, lawenda i tymianek. Gaje oliwne. Smukłe cyprysy i rozłożyste pinie. Winorośla. Specjalne, bo dające słynne wina rosé. Oczywiście są i platany. Kwiaty, ale i cała przyroda miasta, w nieustającym festiwalu kolorów. I te zapachy. I ta łagodność pogody. Karnawał natury, kiedy człowiekowi wielce przyjazna.

Taplając się w barwach ofiarowanych przez miasto aż się chce zwekslować podpis Chagalla w podobnie brzmiące: Nicea. Światło i Kolory. O to de facto tu chodzi. Słynne światło Południa. Tylu je opisywało, tylu mu uległo. Kiedy w Nicei pojawił się Henri Matisse – a przybył z Północy, z Picardii – stwierdził, że wspaniałe światło styczniowe po prostu go przygarnęło. Kiedy się okazało, że cudowne światło wita go każdego poranka, radość nie miała granic i już tam został. Podobnie zareagował Auguste Renoir, zamieszkując w domu wiejskim, w Cagnes-sur-Mer, praktycznie na przedmieściach Nicei.

Przy naszym ulubionym stoliku, przy Cours Saleya, gapimy się na ludzi przybyłych do Nicei. Wielu z nich ulegnie Pięknej, jak my. Mowa wokół wyłącznie zagraniczna. Targ kwietny połączony dziś z targiem warzywno-owocowym i pamiątkami z Prowansji, jest atrakcją dla turystów, miejscowi się tu nie garną.

Mamy jednakowoż własne szczególne kwietne smultronställe, czyli, tłumacząc ze szwedzkiego, miejsce, gdzie rosną poziomki. Chodzi o metaforyczny uchwyt ulubionego miejsca, które się hołubi, może i chce się je zataić przed innymi, choć niekoniecznie. W naszym przypadku chodzi o Jardin du Monastère di Cimiez, inspirowany włoskim stylem przyklasztorny ogród i sad na wzgórzu Cimiez. Korzystamy z ciszy i osobności w akwenie bujnej kwietności. Mnisi uprawiali winorośl, drzewa owocowe i rośliny lecznicze. Wiele z tego tu nadal, rabaty kwiatowe zachowały oryginalny układ z centralną studnią i pergolami przyćmionymi pnącymi różami. Jest i spore rosarium. W ogrodzie nie stosuje się środków chemicznych. Oto wzorzysty arkusz Arkadii. Tu nam trzeba sielanki.

Siedzimy na murku, tuż przy urwisku, kwietny kobierzec klasztornego ogrodu przegląda się w lustrze nieba. Z ogrodowego tarasu rozpościera się widok na Zatokę Aniołów, na miasto w dole. Chętnie tu przesiadujemy. Z centrum miasta autobusem linii 5 jest to raptem kwadrans.

Klasztor, kiedyś benedyktyński, od XIII wieku franciszkański. Kameralny wirydarz i wnętrze przyklasztornego kościoła sprzyjają wyciszeniu. Przy zejściu z terenu klasztornego postument z popiersiem Jana Pawła II.

Poniżej klasztornego ogrodu kolejny teren zielony, Jardins des Arènes de Cimiez. Dziś jest tu hucznie. Trafiamy po sąsiedzku na La Féte des Mai. Żywa muzyka, tańce, pikniki, stragany z rękodziełem, pod starymi jak świat powykręcanymi drzewami oliwnymi. W tle ochrowa willa w stylu włoskim, obecnie muzeum Muzeum Matisse’a. Wiele z prac artysty powstało nieopodal, w jego apartamencie na piątym piętrze Pałacu Régina. Alejkom gaju oliwnego nadano miana słynnych muzyków jazzowych, są popiersia Armstronga, Milesa Davisa. Obok rzymskie stanowisko archeologiczne. Uroczy galimatias, czyli nasze Cimiez.

Jeśli być flanerem, to w Nicei! Nawet jeśli poruszanie się tramwajem wygodniejsze tu niż w innych miastach, miasto wymarzone do cieszenia się spacerem. Kandydatów do miana miejsca ulubionego jest więcej. Zobaczyć Plac Garibaldiego, najbardziej włoskie z włoskich miejsc w tym mieście. Fascynujący, kiedy skąpany w kwieciu mimozy, choć pod różowym przepierzeniem dzieją się sprawy zwyczajne. Tradycyjnie kręcą się tu ludzie najmujący się do pracy na godziny, przesiadują „boże przybłędy”, między nimi riksze wożące turystów. Przy stoliku w Café Turin można obserwować życie w mimozowej mgławicy, często twarze, których nie spotka się w innych częściach miasta.

Wejść stąd do starego miasta: Vieux Nice, zanurzyć się we włoskich klimatach, w studziennym chłodzie wąskich uliczek utworzonych w szpalerze ochrowych kamieniczek. Napatrzyć się na witryny galerii malarskich, zjeść lody u Fenocchio na placu Rossetti (pistacja i gianduja!), kupić włoskie pomarańcze we warzywniku koło targu rybnego na Place du Carret.

Przekraczamy tory tramwajowe, kierujemy się ku promenadzie Papillon. Ów pasaż parkowy, powstał w wyniku przykrycia koryta rzeki. Dziś interesująco spina on stare włoskie miasto Vieux Nice z nowszym francuskim, stworzonym w Belle Epoche. Nasz ulubiony trakt spacerowy.

Siadamy na ławce. La Bella szepcze do ucha: odkrywaj mnie, podziwiaj, adoruj. Jestem przecież ciekawsza niż pobliskie Monte Carlo i Cannes. Świadoma swego powabu lubi siebie. Organizuje karnawały, festiwale, pikniki. Stać ją też na dyskrecję. Pozwala byś wybrał własne ścieżki i kąty, byś sądził, że jest Twoja. Nicea realna, versus Nicea marzenna. W ciągłej translacji.

A Ty, jeśli czujesz, że jesteś flanerem, trwaj w postawie easygoing. Liczy się bowiem łowienie przyjemności w teatrze miasta. Chodzi o mgnienia szczęścia, małe egzaltacje przeciw martwicy życia w dybach rutyny. Doznania obfite, a przy tym… naskórkowe. Natłok błyszczków, a wszystko to przyjemne migawki w happeningu flanera. Szwendasz się, epizod za epizodem włączają się w kolejne spektakle. I, co ważne, dobrze się z tym czujesz. I wtedy bardzo chodzi o to, by nie było tak, że trzeba: „rozbierać obraz z obrazu, kształty z barw, obrazy z uczuć aż do rdzenia, do języka cierpienia, do śmierci”. Tym mocniejsza moja apoteoza motyli, wbrew temu co czytam u Różewicza, z którego tomikiem poezji, nie wiedzieć czemu, siedzę na ławce przy Promenadzie Papillon. Flaner przecież i tak wie, że jest w malinach, a nie tylko w poziomkach.

Widzę miasto, miasto widzi mnie, zapętla się to jakoś podczas przechadzek po bulwarach Carambel, Cimiez, Medecin, Victora Hugo, a i w uliczkach Vieux Nice, na placach Masséna, Garibaldiego, Liberation, na promenadach. Bujna roślinność i kunsztowne fasady kamienic w bieli i pastelach. Naturalność i wyrafinowanie w zgodnej parze. Zagroda Piękna wprost wymarzona do szwendania się bez planu.

Nie starałem się o jej względy, wystarczył jeden przyjazd bym wiedział, że La Bella stanie się moją ulubienicą. Szwendacze mają to do siebie, że chwytają rzeczy, kiedy się wydarzają i natychmiast je … inscenizują. Wszędzie ławice miłych znaków, a Ty jesteś reżyserem spektaklu chwili. I to się liczy. Współtworzy Twoje imaginarium.

Krążymy, krążymy, by w końcu znów znaleźć się znów na głównym placu Masséna. Czerwień fasad, podcienia budynków, przywołują styl Piemontu. Przy-siadamy przy Fontannie Słońca i przy boskim Apollo, nie tak dawno jeszcze skandalizującym, wyrzucanym, przywracanym, dziś pozostawionym nawet bez listka figowego. Obok siedem posągów klęczących na wysokich słupach mężczyzn, każdy w innym kolorze, którzy zebrali się w instalacji stworzonej przez katalońskiego artystę Jaume Plensa. Reprezentują siedem kontynentów, połączonych tym, co nazwano: rozmową w Nicei.

Miasto imaginacji, miasto zgody.

Zanim stąd wyjedziemy, chcę raz jeszcze zagarnąć widoki z pobliskiego Mont Boron, Collin di Cimiez, no i koniecznie ze Wzgórza Zamkowego. Stanę w najbardziej obleganym miejscu widokowym, u szczytu wodospadu, który wydaje się zalewać uliczki starego miasta w dole. Najciekawsze ujęcia jednak z tarasu imienia Nietschego. To tu Napoleon w 1860 roku stwierdził, iż widok stąd wspanialszy od wszystkiego, co dotąd widział. Zachwyt zrozumiały i aż się nie chce, by został pojmany przez słowa. Niech ów widok uzupełni i moje własne nicejskie imaginarium, żeby starczyło na długie zimy, kiedy będę tęsknił za La Bella w Sztokholmie, próbując nie poddać się ponurym nastrojom, skoro mogę przywołać Niceę.

Powrót do naszego ulubionego locum przy Avenue Bellevue. Cudownie było móc przyjmować tam gości, takie wizyty zwiększają poczucie oswojenia miejsca, mimo że było się tam tylko kilka tygodni. Na targu przy placu Liberation, Ela kupuje najlepsze w mieście cukinie z dorodnymi żółtymi kwiatami, ulubiona ingredencja w naszych sałatkach warzywnych. Deser w postaci włoskich pomarańczy kupionych na starym mieście spożyjemy na balkonie.

Największą pomarańczę położyłem na balkonowej balustradzie. Mając w tle lazurową planszę Zatoki jeszcze mocniej się zazłociła.

Nicea jest pomarańczą.

Spokojną, soczystą pomarańczą.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar