Nazywa się jak austriacki marsz i jest profesorem ekonomii. Jak otworzy — w telewizorze, czy gdzie indziej — usta, to się uważnie słucha, bo wie, co mówi. Niestety przypisać się do niego możemy jedynie poprzez fakt, iż poczęty został w Warszawie, a miało to miejsce w czasie, gdy warszawskie Nalewki coś konkretnego znaczyły. Przebywa od 1946 roku w Sztokholmie. Mógłby zostać Conradem, mógłby Gombrowiczem, a od ich sławy dzieli go tylko to, że trudno płakać ze wzruszenia przy ekonomicznych zawiłościach trendów wstępujących, czy zagrać przekonywująco dramat stopy zysku.
X głośno głosi, iż jest pisarzem i dodaje z naciskiem — zawodowym pisarzem. Ma najczęściej chmurną minę i łatwo się zapala, mówi wtedy wysoko i sypie z oczu skry. X uważa, że życie jest niesprawiedliwe, gdyż wydawcy nie chcą go wydawać, ale nie ma cienia wątpliwości, że pisarzem zawodowym jest i domaga się takiej akceptacji.
Co tu można powiedzieć? Pisarstwo to stan bycia, jeden ze sposobów egzystencji, nieco bardziej wrażliwy udział w istnieniu. Można być wróblem, koniem, kamieniem przy drodze, można prezydentem, wołem, snopowiązałką, masochistą, ale co znaczy wróbel zawodowy? Stać się człowiekiem zawodowym, bo przecież o tym cały czas mowa, znaczy poznać siebie w wystarczający sposób, a sedno leży w szerokości i głębokości poznania. Stąd biorą się różnice w kalibrze ludzi w ogóle, a pisarzy w szczególności. Poznać siebie i poprzez pryzmat tej wiedzy poznawać innych ludzi, poznawać życie — w tym rzecz.
Nie jestem pewien, czy X zna siebie, czy w ogóle myśli w tych kategoriach. A jeżeli nie ma do siebie dostępu, jeżeli nie podjął tego wysiłku, nie może w sposób przekonujący być pisarzem, człowiekiem w jakiejś części spełnionym, nie może stać się zawodowcem w byciu.
Gdy parę lat temu przedstawiono nas sobie, powiedział z porozumiewawczym uśmiechem, że znamy się od dawna, bośmy kiedyś wspólnie balowali u jednej Elżbiety. Może być. Prezes jest warszawiakiem i inżynierem, a odznaczył się głównie — próbował w innych dziedzinach, ale bez wyraźnych zaznaczeń — posiadaniem córki Maryniki i to by było o nim na tyle.
Zaś Marynika, gdy była apetyczną i pełną temperamentu młódką, zadała się z jedną armią, co okazało się dla jej kariery pociągnięciem wyjątkowo korzystnym, bo poza licznymi przyjemnościami, które z owego związku czerpała, stanowiło znakomitą trampolinę na przyszłość w innych dziedzinach i pozwoliło jej zostać zwierzęciem telewizyjnym, którego oblicze zna każdy Szwed. Gdy pokazywała się z tą swoją armią w telewizorze, to wierzcie mi, był to karmelek, do którego i ociemniały by się oblizał.
Podmiejski nie jest postacią wybitną, ale wzorzystą i rzucającą się w oczy. Uprawiał taniec klasyczny, ale już nie uprawia, nie zostało ustalone, kto kogo porzucił. Aktualnie zajmuje się niekoniecznie poezją i prozą, oraz ma jak na dzisiejsze czasy bardzo modne i coraz popularniejsze upodobania. Podmiejski nie jest człowiekiem sympatycznym, ale facet z niego z charakterem. Kobieta bohater, Emilia Plater, to ona nie jest.
Gdyby nie wyjechał z Polski na tarczy, nie wróciłby do niej z tarczą. Nie wierzę by wspiął się gdzie wspiął, siedząc cały czas w Ludowej. Miał Wizjoner wizje dziwne, nic szczególnego, każdy miewa, ale on miał je przestrzenne i potrafił realizować. Wizjoner architektem jest, a zanim zdobył sławę, pierwsze skrzypce w rodzinnym domu grała nadzwyczaj wyrazista politycznie i bezkompromisowa jak granit matka-pepeesiaczka.
Najjaśniejsza idąc w ślady królestwa Szwecji, doceniła talent Wizjonera, ale Szwedów przebiła wyróżniając go stanowiskiem naczelnego architekta miasta stołecznego Warszawy, a to nie jest stanowisko takie sobie. Wizjoner zagospodarował Bogu w ten sposób przyzwoity kawał przestrzeni, a poza tym lubi baby i pogadać. Jak się przestanie w kraju podobać, może zawsze wrócić na sztokholmskie zesłanie.
Zwiewna ma na sumieniu masę dobrego w kulturze emigracyjnej i nie tylko. Zasług przypisać jej można wiele: dziennikarka, spikerka, filmowiec, radiowiec, aranżer, konferansjer, żona. Zaznaczyła się w wielu dziedzinach, ale najważniejsze, że jest z Gdyni, bo ja się tam wychowywałem i mam do tego miasta wiele serca.
Kiedyś Zwiewna powiedziała mi, że ukończyła znakomite i elitarne gimnazjum, znajdujące się w dzielnicy Gdyni o nazwie Grabówek. A ja pamiętam, że gdy je wybudowano nazywało się Szkoła Pomnik i było dumą stalinowskich, gdyńskich komuchów. Przyzwoici ludzie na widok tego białego i usytuowanego pod kaszubską moreną budynku, spluwali ze wstrętem, bo tam truli uczniowskie głowy tylko i wyłącznie nauczyciele wierni i ze szczętem zaprzedani czerwonym. Ale to było wtedy, gdy Zwiewna robiła za oseska, i gdy jej o tym kiedyś w Sveriges Radio opowiedziałem, słuchała z niedowierzaniem.
Smagły jest: laureatem, autorem, redaktorem, absolwentem, tłumaczem, głosem, publicystą, mężem, ojcem, magistrem historii idei, pielęgniarzem, operatorem dźwigu, robotnikiem budowlanym. Czym czuje się po pierwsze — nie wiem, bo nie znam osobiście i nie pytałem, ale jak da się łatwo zauważyć, robi dobrą robotę w słowie.
Należy Smagły do ścisłej czołówki szwedzkich publicystów i wygląda na to, że żyje w zgodzie ze swoim narcystycznym i wysokim na parę pięter ego, co jest cechą najzupełniej niezbędną, aby móc robić dobrze to, co robi. Smagły dysponuje ostrym jak brzytew intelektem krytyczno-analitycznym, co w połączeniu z pracowitością mrówki, czyni go nad wyraz niebezpieczną bronią kolno-sieczno-zaczepną (peerelowski pojazd o szczególnym przeznaczeniu nazywał się — śniegoładowaczka przedsiębierna zasięrzutna).
Z węchem gończego wyżła wyszukuje sprawy, które szwedzka publicystyka najchętniej podmiotłaby pod dywan. Z widoczną przyjemnością wywleka im różne wstydliwości i stęchłe wady narodowe pod oczy i wygląda na to, że bawią go ich zasiedziałe kompleksy, gniewne miny i pomruki. Smagły wart jest podziwu i pochwał, oraz wszystkich wyróżnień, które otrzymał i otrzyma, i on o tym wie.
Gwiazdowskiego poznałem u mnie w domu. Przyprowadził go mój dobry znajomy, Janek S., tak jak Wizjoner, architekt z krwi kości i Warszawy. Okazał się Gwiazdowski zarozumiałym i do bólu pewnym siebie astronomem w średnim wieku, z silnie rozwiniętym pragnieniem zostania profesorem — co się spełniło, i z niewyjawioną dotychczas tajemnicą — o której za chwilę. Przyprowadzono go do nas w celach poznawczych, aby zobaczył „polski dom na emigracji”, bo moja Zona tak go prowadzi, iż Janek S. uważał, że można jako taki pokazywać.
Tajemnica Gwiazdowskiego sięga dosłownie niebieskiego firmamentu. I dobrze, i tak ma być, jeśli człowiek decyduje się – posiadać marzenia, to należy je mieć wysoko, jak najwyżej.
Olimp? Proszę uprzejmie! Otóż Gwiazdowski czai się do Nagrody Nobla. Istnieją przesłanki które mówią, że do Nobla z astronomii się czaił, bo uważał, że wie coś, czego inni astronomowie nie wiedzą, ale ponieważ zgodliwy z niego i o wielkim sercu człowiek, weźmie każdego, byle dali. Tak z ręką na sercu — kto by nie wziął?
Jest w jej głosie coś, co może zatrzymać pociąg. Dekwadrat śpiewa mięsiście ale niewiele, i najchętniej w rytmach afroamerykańskich, a powinna tylko jazz. Gdyby go śpiewała tylko, to bym ją porównywał do, ale nie będę, bo nie śpiewa tylko.
Niewątpliwie mocną stroną Dekwadrat jest wysoce “sublimowany smak literacki, z jakim dobiera teksty do swoich ballad, autora których nie wymienię z powodu.
Szpaczek charakteryzuje się tym, że wydaje gazety i książki. Ma także tajemnicę, której nie zdradza, ale paru ludzi ją zna, a jeszcze paru się domyśla. Szpaczek nie wielbi literatury, tak jak daje do myślenia, że wielbi (szpakami karmiony?). Robi w słowie, bo w Polsce trochę robił, ale po pierwsze uwielbia ruch i działanie i to jest to, co go napędza. Pieniądze też lubi, kto nie lubi.
Miłość do działania jest w Szpaczku tak silna, że istnieją poważne podejrzenia, iż mógłby równie dobrze zajmować się nieruchomościami, połowami śledzia bałtyckiego, globalną produkcją gwintownic prawoskrętnych, czy suszeniem dżdżownic.
Mógłby robić wszystko byle móc działać, para się jednak prasą i książką, a nie dystrybucją śledzi, za co emigracyjna mu chwała na wieki wieków amen.
Jest człowiekiem brutalnej szczerości, chętnie wsadza kij w różne obolałe miejsca i z upodobaniem nim wierci. Pozwala również czynić to innym na swoich łamach, co naraża i jego i ich na akty oburzenia ze strony nieprzejednanych i szlachetnej krwi obywateli emigrantów. Szpaczek wierzy, że zajmowanie się ściganiem kołtuństwa rodaków jest zajęciem pożytecznym. Twierdzi, że nie boi się specjalnie nikogo i niczego, ale gołym okiem widać, że się wystrzega zaczepiania wielebnych. Kto chce, zrozumie dlaczego, nic trudnego. Gdyby był mniej ostry na kantach, bardziej by go ludzie lubili, ale ogólnie rzecz biorąc jest dobrze, jak jest. Sprawnie funkcjonuje w emigranckim świecie imaginacji, jest pożyteczny i bardzo potrzebny sztokholmskiej Polonii, a ona jemu niezbędna. Szpaczek jest okej.
W tej żartobliwie kodowanej części książki rzucają się w oczy wielkie nieobecności, brak tych, tamtych, owych. Nie ma zupełnie pięknych pań i czarujących gentlemanów szkicowanych w złoconych ramach, piórkiem pełnym respektu.
Tego typu galeria jest z natury rzeczy osobista i oparta na kontrastach, wyszukiwaniu ludzkich słabości, śmiesznostek, wad. Laurki i cokoły (czy się należą, czy nie — bez różnicy) to po śmierci. Jeżeli zdarzy się, że zarys którejś z postaci urazi kogoś, wierzę iż zostanie mi to wybaczone, ludzie wielkoduszni są nimi przede wszystkim w stosunku do siebie samych.
Andrzej Szmilichowski