Opowieści z pudełka od butów

Pewnego, mrocznego popołudnia, w listopadzie wiatr hulał za oknem, a deszcz padał ukośnie. Do redakcji warszawskiego wydawnictwa Andromeda, gdzie wówczas pracowałem, wszedł w ociekającym wodą kapeluszu z postawionym kołnierzem płaszcza mój przyjaciel Zbyszek z zawodu prawnik.

Byliśmy dobrymi przyjaciółmi od wczesnego dzieciństwa z dzieciństwa na Mokotowie, chodziliśmy razem do przedszkola przy ulicy Wiktorskiej, do podstawówki przy ulicy Narbuta, też przy ulicy Wiktorskiej skończyliśmy liceum ogólnokształcące imieniem Tadeusza Rejtana, a po maturze wstąpiliśmy razem na Uniwersytet Warszawski, ja na polonistykę, a Zbyszek na prawo. Braliśmy również razem udział w wydarzeniach lat sześćdziesiątych i w walce o demokratyzację kraju. Kapelusz Zbyszka ociekał wodą, miał postawiony kołnierz płaszcza, a w ręku trzymał ociekającą wodą torbę podróżną. Zbyszek odwiesił swój mokry płaszcz i kapelusz na wieszaku i usiadł naprzeciw mnie przy biurku, gdzie postawił torbę podróżną, którą miał ze sobą.

Po upadku komunizmu ja zacząłem pracować w redakcji, a Zbyszek – poza innymi zleceniami – był konsultantem prawnym policji w sprawach majątkowych i spadkowych. Zbyszek odwiedził mnie w redakcji idąc do prosto z mieszkania w pobliżu, gdzie załatwiał sprawy formalne i spadkowe samotnego mężczyzny bez znanych policji krewnych.

Gdy przywitał się ze mną serdecznie, mokry płaszcz i kapelusz odwiesił na wieszaku, a na biurku postawił wilgotną torbę podróżną, którą miał ze sobą. Z torby wyjął mały reporterski magnetofon i kilka kartonowych pudełek od butów, pogładził je ręką i sprawdził, czy nie przemokły. Pudełka zawierały zapisane kartki papieru i maszynopisu. Zbyszek usiadł, sekretarka zaparzyła mu herbatę z cytryną, by się rozgrzał, a dla mnie zalała drobno mieloną kawę wrzątkiem i przykryła spodeczkiem. Następnie zapaliliśmy papierosa i Zbyszek opowiedział mi, z jaką sprawą do mnie przyszedł.
Opowiedział mi o mężczyźnie, który kilka dni temu wypadł z okna na podwórko i się zabił. Był w średnim wieku, nazywał się Cyryl Metody Nieimski i na piątym piętrze przedwojennej kamienicy w pobliżu pałacu Staszica i pomnika Mikołaja Kopernika, u zbiegu Krakowskiego Przedmieścia i Nowego Światu, gdzie jako sublokator wynajmował pokój w mieszkaniu na piątym piętrze u niejakiego inżyniera Sobczaka. Lokator na pierwszym piętrze nagle usłyszał ciężkie walnięcie o asfalt podwórka, wyjrzał przez okno i na asfalcie zobaczył w dziwnej pozycji leżącego mężczyznę, a wokół jego głowy rosnącą kałużę krwi. Zdenerwowany zawołał z okna o pomoc, po czym rzucił się do telefonu i zawiadomił o wypadku pogotowie ratunkowe, następnie policję. Po czym sam wybiegł na podwórko, gdzie z okna na parterze przerażona staruszka wołała zaciągając: o Jezu, o Jezu. Z bramy wyszła inna sąsiadka i rozpoznała Nieimskiego, dziwaka z piątego piętra.
Po dziesięciu minutach nadjechał ambulans na sygnale, lekarz stwierdził zgon i czekał na przyjazd policji, by zezwoliła zabrać zwłoki. Wkrótce nadjechał patrol policji na sygnale i jego sierżant dowiedział się od lekarza ambulansu o zgonie mężczyzny. Sierżant rozkazał natychmiast odgrodzić dostęp do podwórka dwukolorową taśmą i zameldował o wypadku przełożonym. Doglądał, by nic na podwórku nie zostało naruszone, aż nadjechała ekipa techniczna Minibusem, a samochodem osobowym komisarz z asystentem w cywilu. Z ekipą techniczną przyjechał patolog, który obejrzał zwłoki i porozmawiał z komisarzem. Policyjni technicy fotografowali zwłoki, obrysowali je białą kredą na asfalcie, inni przeszukali podwórko, przed bramą, gdzie zebrali się gapie, którzy dowiadywali się o wypadku, po czym komisarz i asystent odebrali od nich raport. Porządku przed bramą pilnowali mundurowi policjanci, gdzie zebrali się już gapie, snuli domysły i rozmawiali o wypadku.

Pojawił się wśród nich reporter gazety wieczornej, komisarz zbył go brakiem komentarzy, a policjanci nie wpuścili go na podwórko. Pytał więc o szczegóły gapiów i nagrywał ich na magnetofon, a sprzed bramy fotografował pracę policji i personelu ambulansu. Gdy komisarz pozwolił zabrać zwłoki, przeniesiono je na nosze, przykryto folią i włożono do ambulansu, który odjechał bez sygnału. Reporter się ulotnił, a i gapie zaczęli się rozchodzić. Na asfalcie zostały kredą narysowane kontury ciała i trocinami przysypana kałuża krwi.

Komisarz z asystentem rozmawiali z mieszkańcami, dowiedzieli się, że denat mieszkał, jako sublokator na piątym piętrze w mieszkaniu inżyniera Sobczaka, choć mieszkał już tam, zanim inżynier się wprowadził. Inżynier nazywał się Sobczak i pracował w biurze projektów elektronicznych, przy ulicy Marszałkowskiej, dokąd na życzenie komisarza asystent zadzwonił i zawiadomił inżyniera o wypadku, powiedział też, że w celu zbadania okoliczności zgonu Nieimskiego, potrzebują wejść do mieszkania i do pokoju, z którego okna wypadł.

Wstrząśnięty Inżynier Janusz Sobczak poprosił, by na niego poczekali, że natychmiast przyjeżdża, złapał na ulicy taksówkę i udał się do domu. Płacąc nie czekał na resztę, wbiegł przez bramę na podwórko, zobaczył kontury ciała na na asfalcie i zasypaną trocinami krew. Zrobiło mu się niedobrze, wbiegł na klatkę schodową, wsiadł do windy i przestępując z nogi na nogę, wjechał na piąte piętro, wysiadając zderzył się z komisarzem, który pokazał mu legitymację służbową, przedstawił się i asystenta, a Inżynier drżącymi rękoma otworzył drzwi mieszkania i wpuścił policjantów do środka.

W przedpokoju komisarz powiedział Sobczakowi w skrócie, co zaszło i z asystentem oglądał mieszkanie. W pokoju Nieimskiego, zastali pedantyczny porządek. Komisarz podszedł do otwartego okna i wychylił się na podwórko, obejrzał parapet, technikowi kazał znaleźć i odbić odciski palców i sfotografować okno. Na stole w pokoju stała maszyna do pisania z włożonym arkuszem papieru, który komisarzowi dał nadzieję, że jest to wiadomość od samobójcy. Okazało się jednak, że to tylko przerwana w połowie zdania proza. Inżynier zaparzył herbatę w kuchni, spytał komisarza, czy się napije. Komisarz podziękował nie, wszedł jednak z asystentem do kuchni, by o Nieimskim porozmawiać Sobczakiem.

Usiedli we trójkę przy stole, komisarz zapytał, czy Sobczak sądzi, że Nieimski mógł popełnić samobójstwo, gdyż wielu mieszkańców kamienicy tak sądziło. Sobczak odpowiedział po namyśle, że Nieimski pisał książkę i zależało mu, by ją wydać. Mówił, że chce pozostawić ślad swojej obecności tu na ziemi. Sobczak nie sądził, aby Nieimski popełnił samobójstwo.
Na tym komisarz zamknął dochodzenie w sprawie zgonu Cyryla Metodego Nieimskiego, poszlak przestępstwa, ani listu świadczącego o samobójstwie, nie znalazł, więc jako przyczynę zgonu odnotował w aktach tragiczny wypadek. Żegnając się z inżynierem, zapowiedział wizytę prawnika, który ostatecznie zakończy formalności związane z osobą Cyryla Metodego Nieimskiego i spuścizny po nim.
Prawnikiem asygnowanym do sprawy został Zbyszek. Opowiedział mi, że po Nieimskim zostało łóżko, dwa krzesła, stół, maszyna do pisania, etażerka i kilka rzędów książek, mały magnetofon reporterski marki Uher z taśmami i jeden obraz olejny. Książki były polskie i zagraniczne, głównie z dziedziny historii, geografii, religioznawstwa i astrologii. Wśród dzieł historycznych i atlasów stały pisma święte różnych religii, Stary i Nowy Testament, hinduska Bhagawadgita, tybetańska Księga Śmierci, Księga Mormonów i Koran po angielsku. Poza tym, zostawił po sobie kilka pudełek do butów ze zdjęciami, dokumentami, kartkami pocztowymi i korespondencją, dwa pudełka zawierały zapisane kartki, inne maszynopisy. Inżynier Sobczak przejął po Nieimskim meble, maszynę do pisania i książki. Obrazu nie chciał nie chciał, gdyż go deprymował. Nie wiedział, co zrobić z pudełkami, magnetofonem i taśmami.

Obraz bardzo spodobał się Zbyszkowi. Namalował go przyjaciel Nieimskiego ze Szwecji, przedstawiał kwitnącą łąkę z wielkim dębem pośrodku. Przed dębem tańczyła naga nimfa z wiankiem na głowie, nieświadoma, że zza dębu podgląda ją stary Satyr. Sobczak podarował obraz Zbyszkowi. Nie wiedział, co zrobić z pudełkami, Trudno mu je było po prostu wyrzucić na śmietnik pudełka. Zbyszek zajrzał do pudełek, wyjął z nich dokumenty, które przełożył do służbowej koperty, a potem do teczki. Wziął do rąk kartki i maszynopisy i obudziły jego ciekawość, mogły zawierać wartościowe informacje i pomyślał o mnie – o serdecznym przyjacielu, redaktorze w wydawnictwie Andromeda. Wpadł na pomysł, by zanieść mi materiały w pudełkach do przeglądu i oceny. Spytał Sobczaka, czy miałby coś naprzeciwko, lecz Sobczak był wręcz zadowolony z tej propozycji, spadł mu z ramion ciężar podjęcia bolesnej decyzji. Przyniósł nawet torbę podróżną po Nieimskim i wpakował do niej pudełka i magnetofon. Na wszelki wypadek dał Zbyszkowi swoją wizytówkę. Ponieważ na dworze padał deszcz, poprosił Sobczaka, by pozwolił chwilowo zostawić u niego obraz, po który się zjawi. Pożegnał się z Sobczakiem i z torbą podróżną wyszedł, z ulicy wziął taksówkę i przyjechał do mnie, by mi dać torbę podróżną i nakłonić do zajęcia się materiałami. Teraz, gdy zadania zostało wykonane, Zbyszek wstał, podziękował za herbatę. Na biurku, na wszelki wypadek, położył wizytówkę inżyniera Sobczaka, po czym ubrał się pospiesznie i wyszedł z redakcji.
Ta nieoczekiwana wizyta zakłóciła mój spokój ducha, przewaliła się przez biurko, jak burza z piorunami, zostawiła po sobie niepokój, torbę podróżną z epoki Edwarda Gierka, pełną tekstów. Poruszyła mnie nagła śmierć obcego mężczyzny, a jej okoliczności obudziły we mnie ciekawość. Siedziałem pogrążony w myślach i ocknąłem się dopiero, gdy sekretarka zaczęła szykować się do wyjścia. Kończył się dzień pracy, spakowałem torbę Nieimskiego, też się ubrałem, pożegnałem z sekretarką i z torbą podróżną wyszedłem z redakcji.

Ta nieoczekiwana wizyta zakłóciła mój spokój ducha, przewaliła się przez biurko, jak burza z piorunami, zostawiła po sobie niepokój, torbę podróżną z epoki Edwarda Gierka, pełną tekstów. Poruszyła mnie nagła śmierć obcego mężczyzny, a jej okoliczności obudziły we mnie ciekawość. Siedziałem pogrążony w myślach i ocknąłem się dopiero, gdy sekretarka zaczęła szykować się do wyjścia. Kończył się dzień pracy, spakowałem torbę Nieimskiego, też się ubrałem, pożegnałem z sekretarką i z torbą podróżną wyszedłem z redakcji.

W domu rozebrałem się, zrobiłem sobie kolację, usiadłem przy się stole kuchennym i zapaliłem papierosa. Wstałem, uchyliłem okno i przewietrzyłem smród z papierosa. Zapadał zmrok, wiatr ustał, choć wciąż jeszcze padało. Patrzyłem za okno i w wyobraźni usłyszałem gruchot ciała spadającego na asfalt, przeszył mnie dreszcz. Zapaliłem światło, a jego odbicie w oknie przywróciło mnie do rzeczywistości. Myślałem o nieoczekiwanej wizycie Zbyszka w redakcji, o losie Nieimskiego, co nie dawało mi spokoju.

Filip Finger

Fragment książki przygotowywanej do druku w Wydawnictwie Polonica

Lämna ett svar