Wieś Sobota niedaleko Lwówka Śląskiego, to takie urocze miejsce na ziemi, które ma wiele pięknych historii w swoich długich dziejach. Pisarz z Soboty, członek Związku Pisarzy Szwedzkich – Sekcji Tłumaczy, to trochę jak Prot Potocki na Ukrainie. Za co się wziął, to osiągnął niepowodzenie.
Skończył studia prawnicze i miał być wziętym adwokatem, ale nic z tego nie wyszło. Wygrał wiele konkursów na sztuki teatralne, ale żaden teatr mu nie chciał sztuki wystawić. Wygrał jeszcze więcej konkursów na opowiadania, ale niemalże po każdym druku z Ministerstwa Kultury dzwonili i mówili; skończ pan publikować, bo my chcemy odnosić sukcesy z naszymi mało zdolnymi a pan piszesz dużo lepiej. Wziął się za tłumaczenia i po opublikowaniu kilkunastu tekstów, autorzy dzwonili i narzekali; w ogóle nie rozpoznajemy w tym naszych myśli i naszych treści.
Raz odniósł Pisarz Szwedzki sukces na niwie artystycznej i dostał za to brawa. A było to… na balu karnawałowym w sali balowej zamku w Sobocie, który od dawna już nie istnieje. Tańczył tam krakowiaka a jego partnerką była koleżanka z klasy Lucyna Żukowska. I byli oni chyba drugą parą, która tak dobrze zaprezentowała się w kilkusetletniej historii tej pięknej, szacownej budowli.
Poprzednią parą, która w tej sali odniosła tak duży sukces artystyczny i otrzymała równie rzęsiste brawa, była córka następcy tronu Franciszka Ferdynarda Habsburga, zamordowanego w Sarajewie i jej narzeczony Fryderyk von Nostitz-Reneck.
Lucyna Żukowska pochodziła z bardzo zubożałej rodziny szlacheckiej, wysiedlonej po wojnie zza Buga. Pochodzenie społeczne miała więc mniej więcej takie samo, jak żona arcyksięcia Franciszka Ferdynarda Habsburga, Sofia von Chotek. Majątek też porównywalny, czyli jego brak. Jednak
w przeciwieństwie do Pisarza Szwedzkiego, radziła sobie w życiu jak najlepiej. Ukończyła dobrą Szkołę Podstawową w Sobocie, potem równie dobrą Szkołę Zawodową we Lwówku Śląskim i wzięła się za pracę zawodową. Sprzedawała w sklepie mięsnym w Gryfowie Śląskim i w przeciwieństwie do swojego partnera tanecznego, opinię w pracy miała dobrą.
Pracownicy sklepu mięsnego jedzą chyba dużo mięsa. Pisarz Szwedzki tak sobie radzi w życiu, że je mięso dwa razy do roku. Raz na Boże Narodzenie i drugi raz na Wielkanoc. I to tylko wtedy, gdy żona mu coś odkroi z własnej porcji,
Poprzednia para, rzęsiście nagradzana brawami w sali balowej, czyli Sophie Maria Francizka Antonina Ignatia Alberta von Hohenberg i Fryderyk von Nostitz-Rieneck przybyli do Soboty wiosną 1919 roku. Zgodnie z wielowiekową tradycją, pan młody miał zaprezentować krewnym swoją wybrankę serca, przed mającym wkrótce nastąpić ślubie. Po zakończeniu I-wszej Wojny Światowej z Habsburgami historia obeszła się tak jak obeszła. Panna młoda też straciła wspaniały zamek w Czechach i z jej wielkiego bogactwa pozostało niewiele albo i bardzo niewiele. I dlatego ich przyjazd do Soboty nie był taki głośny, jakim być powinien a ten wielki bal nie był też taki wielki, jakim też być powinien.
Powitanie zaręczonej pary nastąpił na głównym dziedzińcu. Pod kamienne schodki podjechała kareta od strony Dębowego Gaju, na którą oczekiwał ówczesny właściciel Soboty, Willy von Nostitz wraz z rodziną. W głównej jadalni, mieszczącej się na prawo od reprezentacyjnego przedpokoju na piętrze, wydano uroczysty obiad z umiarkowanym spożyciem alkoholu. A nazajutrz odbyła się w kościele protestanckim, leżącym przy drodze za strumykiem, msza za duszę rodziców panny młodej; arcyksięcia i następcy tronu Ferdynanda Franciszka oraz jego żony Sofii. Mszę celebrował pastor Wilhelm Raut w licznej asyście ministrantów i sióstr zakonnych z Pławny.
Sobota – Zobten am Bober była na terenie Dolnego Śląska główną rezydencją rodziny von Nostitz i w niej przechowywano najważniejsze pamiątki rodzinne. Poprzedni właściciel wsi generał August Ludwig von Nostitz, był uważany za najwybitniejszego przedstawiciela rodu. I dla jego uczczenia, wybudowano mu wspaniałe mauzolem. Pisarz Szwedzki wielokrotnie zaglądał przez dziurkę od klucza do środka mauzoleum, gdzie na wysokich katafalkach stały dwie ołowiane trumny. Augusta von Nostitz i jego syna. I Pisarz Szwedzki był też jedną z pierwszych osób, które przybiegły do mauzoleum po tej nocy, w której złodzieje rozbili trumny, powyrzucali zabalsamowane zwłoki i pokradli znajdujące się tam kosztowności.
Wiadomości o balu Sofii i Fryderyka Pisarz Szwedzki miał dobre i pewne. Prawie, że z pierwszej ręki a w najgorszym wypadku z drugiej czy trzeciej. Pochodziły one bowiem od Hansa Kajzera, nauczyciela muzyki dzieci rodziny von Nostitz, który był uczestnikiem balu. Opowiadał on je dziadkowi i matce Pisarza Szwedzkiego, którzy po wojnie zamieszkali w domu Franza Kajzera w Sobocie. I w którym to domu spędził wczesną młodość Pisarz Szwedzki ze Lwówka Śląskiego.
Dom Franza Kajzera w Sobocie był wielki. Miał czternaście pokoi i wielką kuchnię, wyłożoną kamiennymi płytami z piaskowca. Pod domem były głębokie, kamienne piwnice. Obok domu stały dwie duże stodoły, z których jedna była podpiwniczona, była taż szopa a za jedną ze stodół betonowe, duże silosy do robienia kiszonek z płodów rolnych.
Franz Kajzer był człowiekiem wykształconym, synem majora kawalerii, który miał piękną kartę bojową pod rozkazami generała Augusta Ludwiga von Nostitz. Jego pasją była muzyka i każdego dnia grał na fortepianie, stojącym w dużym, narożnym pokoju na piętrze. W ślady ojca poszli też synowie. Jeden był absolwentem szkoły oficerskiej w Berlinie a drugi Szkoły Handlowej w Dreźnie. Studiował też w klasie fortepianu na tamtejszej Akademii Muzycznej. Pierwszy poległ na terenie Francji pod koniec II-giej Wojny Światowej a drugi kończył żywot w Niemieckiej Republice Demokratycznej, jako dyrektor gimnazjum w Budziszynie.
Sala balowa zamku w Sobocie mieściła się na pierwszym piętrze, nad głównym wejściem. Po przekroczeniu kamiennego portalu, wchodziło się do wielkiej, kamiennej sieni. Po lewej stronie był pokój oddźwiernego a za nim pierwszy pokój przyjęć, taki dla mniej zacnych interesantów. Po prawej stronie nie było nic, tylko kamienna długa przestrzeń, za nią kamienny, gruby filar a za nim szerokie kamienne schody z misternymi, kamiennymi balustradami. Z nich prowadziły jedne drzwi do gościnnych pokoi a drugie do wielkiego, reprezentacyjnego przedpokoju, gdzie gospodarz witał się z przednimi gośćmi. Z tego przedpokoju prowadziły szerokie, ozdobne drzwi do sali balowej. Wystarczyło tylko skręcić w lewo i… piękny parkiet, zdobiony stiukami sufit i wspaniałe piece kaflowe w dwóch rogach. Według słów Hansa Kajzera; u sufitu wisiał ogromny żyrandol na sto dwadzieścia świec a pod ścianami stały sofy z jedwabnym obiciem, orkiestra miała swój podest z ozdobnym, kolumienkowym ogrodzeniem.
Jak Pisarz Szwedzki odnosił swoje wielkie sukcesy artystyczne w tej sali, nagradzane jedynymi w życiu brawami, to żyrandola już nie było, podestu dla orkiestry też nie było, z sofami z jedwbnym obiciem rzecz miała się identycznie a ludzie siedzieli na przyniesionych ze sobą krzesłach. Orkiestrę stanowili muzycy z Soboty, Dębowego Gaju i Marysina. Niektórzy mieli przedwojenne wykształcenie muzyczne, więc Pisarz Szwedzki i jego partnerka – późniejsza ekspedientka sklepu mięsnego, mieli dobrą oprawę muzyczną przy swoich dokonaniach artystycznych najwyższego rzędu.
Z tego co Hans Kajzer mówił dziadkowi i matce Pisarza Szwedzkiego, to do tańca Sofii i Fryderykowi przygrywali muzycy sprowadzeni ze Lwówka Śląskiego i z pałacu Hohenzollernów ze Skały, nad którymi on sam miał opiekę artystyczną. Honorowymi gośćmi balu był właściciel Dębowego Gaju oraz Wilhelm von Hohenzollern-Sigmaringen ze Skały. W przerwach na odpoczynek, śpiewała sprowadzona z Jeleniej Góry artystka operetkowa a prywatnie, to koleżanka ze studiów muzycznych Hansa z Drezna. Podobno jako mała dziewczyna śpiewała podczas koncertu Richarda Wagnera i Franciszka Liszta w Skale u Hohenzollernów.
Związki Pisarza Szwedzkiego ze Lwówka Śląskiego z rodziną Habsburgów, nie ograniczają się tylko do sali balowej zamku w Sobocie, gdzie on odniósł jedyny sukces w życiu nagrodzony brawami, ale i do innych miejsc. Pisarz Szwedzki otrzymał od Stanisława Kozaneckiego z Kozankowa w sieradzkiem, a po wojnie lekarza i wydawcy w Brukseli, książkę oraz kwartalnik „Syntezy” z dedykacją. I Pisarz Szwedzki szukając kontaktu telefonicznego z kolegą-literatem, dodzwonił się do Izabelli Czartoryskiej-Bnińskiej. Nawiązała się rozmowa i okazało się, że księżnej matka jest z domu… Habsburg.
Pisarz Szwedzki pochwalił się tymi znajomościami jednemu z czasopism, a żeby one były bardziej atrakcyjne, to jeszcze sporo nakłamał. Powiedział, że jak wskrzeszone zostanie Cesarstwo Austro-Węgierskie, to Habsburgowie zaproponują mu tron. Dostał więc od ręki propozycję napisania tekstów o Habsburgach z Żywca, mieszkających wtedy w Szwecji. Telefon miał od księżnej Izabelli Czartoryskiej-Bnińskiej z Brukseli, więc wziął się z kopyta do dzieła. I zaczął wydzwaniać do nich. Oni już po pierwszej rozmowie z nim, a nawet chyba po pierwszych jego słowach, mieli go dosyć, ale co pochodzenie arcyksięskie i cesarsko austro-węgierskie, to pochodzenie. Nie rzucali więc od razu słuchawki, tylko najpierw zamienili przez grzeczność z mistrzem- nieudacznikiem literackim kilka słów. W sumie zebrało się to na kilka publikacji, które przez pomyłkę, z litości, przez niedopatrzenie i być może z chęci obniżenia poziomu pisma, kilka Pisarzowi Szwedzkiemu wydrukowano. On po tych publikacjach zachęcił się i napisał tego więcej, ale… Niewykluczone, że czasopisma otrzymały realne pogróżki; jeszcze jeden tekst tego nieudacznika i zaczaimy się na was wieczorem ! I ostatecznie, dla dobra kraju, dla dobra polskiej literatury, dla świetlanej przyszłości Kultury Narodowej, nic więcej się Pisarza Szwedzkiego ze Lwówka Śląskiego już w tym temacie nie ukazało.
Szczęśliwą też z tego powodu musiała być Lucyna Żukowska – partnerka od krakowiaka z Soboty. Jako taktowna i powszechnie szanowana nie mówiła tego głośno, ale na pewno w duszy odetchnęła; skompromitowałam się wtedy w Sobocie z nim, bo z innym partnerem to bym dostała więcej braw, skompromitował mnie publicznie swoimi tekstami literackimi po raz drugi, to po trzecie, mam nareszcie spokój i swobodny dystans od niego. A w chwilach wolnych podliczała obrót w sklepie i pod nosem klęła; po jego literackich publikacjach, że jesteśmy kolegami z tej samej klasy, spadły mi obroty a po tekstach o naszym wspólnym występie, to obroty poszły w dół jeszcze bardziej; żeberka o dziesięć procent, karkówka o piętnaście, boczku zaczęłam sprzedawać o osiemnaście procent mniej, kiełbasy o dwadzieścia, salcesonu o dwadzieścia dwa punkty procentowe poniżej normy a kaszanki to prawie nie mogłam sprzedać.
Zamek rodziny von Nostitz w Sobocie został rozebrany w latach siedemdziesiątych ubiegłego stulecia. Nic jednak w życiu nie odchodzi raz na zawsze. Ten zamek istnieje w tekstach literackich i pamięci ludzi. We wspomnieniach Pisarza Szwedzkiego również. I on w swojej wyobraźni widzi go takim jakim on był dawniej. I we śnie i w marzeniach Pisarz Szwedzki widzi też jak… wchodzi po szerokich, kamiennych schodach do reprezentacyjnego przedpokoju, potem do sali balowej i kłania się przed swoją dawną partnerką. Ona podaje mu rękę i zaczynają tańczyć krakowiaka w swoich dawnych, krakowskich strojach. A patrzący na nich ludzie, po raz drugi, biją im rzęsiste brawa.
Jerzy Marciniak