90-letni Józef Hen podarował nam na swój jubileusz nową sześćsetstronicową książkę. Tytuł banalnie prosty: „Dziennika ciąg dalszy”. I na pozór jest to typowy diariusz piarski: refleksje z dnia przeplatane rozważaniami i próbami warsztatowymi oraz przywoływanymi przez pamięć anegdotami z długiego życia. Tyle tylko, że ten metrykalny starzec ma temperament młodzieńca, ciągle podejmuje nowe wyzwania pisarskie, ani mu w głowie rola zamkniętego encyklopedycznego hasła. Nieustająco nie potrafi też ukryć zachwytu dla urody kobiecej. W „ciągu dalszym” pojawia się także kilka postaci ze Szwecji.
„Dziennika ciąg dalszy”, który właściwie jest piątym tomem jego pisarskiego notatnika (po trzech księgach z cyklu „Nie boję się bezsennych nocy” oraz „Dzienniku na nowy wiek”), jest książką zarazem optymistycznie mądrą i tragiczną, autoironiczną i pełną inspirujących refleksji. Bogatą w smutne świadectwa ludzkiej głupoty i nikczemności oraz smaczne anegdoty: „Powiedziano w Czytelniku, że jakaś entuzjastka chce mnie koniecznie poznać. Podszedłem do niej, ona wykrzyknęła: „Kolumbowie! Jaka cudowna książka! Ja spokojnie: „To nie ja, to Romek Bratny”. Ona, machnąwszy ręką: „Pan też jest niezły…”
Hen imponuje czytelnikowi swoim szlachetnym uporem w walce o godność (także finansową) pisarza, o kulturę literacką (i kulturę w ogóle) wypieraną coraz silniej z mediów i życia publicznego, z ogłupiałą w swej nienawiści prawicą, zawłaszczającą coraz większe obszary polskiego życia umysłowego i społecznego, a równocześnie nie oferującą niczego kreatywnego czy choćby konstruktywnego. Autor nie toleruje zresztą żadnego zaślepienia i fanatyzmu, czy to z prawa (J. M. Rymkiewicz, Jacek Trznadel), czy z lewa (Zygmunt Bauman, Noam Chomsky, o którym pisze: „mój ulubiony profesor kretyn”)
W pierwszej części „ciągu dalszego” dominuje jednak wstrząsająca historia choroby i powolnego odchodzenia ukochanej żony pisarza Reny (Ireny), z którą, choć formalnie bez aktu małżeńskiego, przeżył szczęśliwie ponad 60 lat. Ten cios nie powala jednak Hena, może dlatego, że jego wyobraźnia sprawia, iż Rena ciągle jest obecna tuż obok niego, nie tylko na fotografiach rozstawionych w warszawskim mieszkaniu.
Drugi leitmotiv „Dziennika” to mozolna walka pisarza o swój status, zarówno w oczach krytyki jak i na rynku książki. Hen nie ma problemu tylko ze swoimi wiernymi czytelnikami, czy widzami filmów opartych na jego scenariuszach („Krzyż walecznych”, „Prawo i pięść” „Życie Kamila Kuranta” „Stara baśń”). Recenzenci jego dorobku raczej nie chcą zauważać, a wydawcy płacą marnie, grubo poniżej rzeczywistych komercyjnych walorów książek Hena. Te fragmenty mogą wydawać się nieco małostkowe czy zgoła megalomańskie, ale w końcu cóż w tym dziwnego, że poczytny pisarz i scenarzysta chce godnie żyć ze swojej pracy? I pragnie rzeczowej dyskusji z krytykami i recenzentami? A czasem i jakiejś nagrody.
Miłe to zatem, że Hen doczekał w końcu kilku ważnych, choć tak bardzo spóźnionych chwil pisarskiej satysfakcji, jak na przykład amerykańskiego wydania „Nowolipia” lub Nagrody Literackiej m.st. Warszawy. Trochę pomogła też polska jubileuszomania, czyli 90-lecie pisarza, przy którym zechciało ogrzać się kilku dygnitarzy oraz urzędników od kultury, ale dobre i to. Autor nie potrafi tylko ukryć goryczy, że jego pierwsza wybitna książka, czyli „Nikt nie woła”, (opis wojennej tułaczki bohatera po stepach Azji), która mogła przynieść mu międzynarodową sławę u progu kariery, musiała w PRL-u czekać na publikację aż 33 lata. To jego drugie największe upokorzenie w życiu – pierwszym było nieprzyjęcie go do armii gen. Andersa z powodu żydowskiego pochodzenia.
Jak już wspomniałem, pojawiają się u Hena osoby związane ze Szwecją. Pisze o Adamie, Dorotei i Gabrieli Brombergach, o płk. Nadzinie, który kiedyś wyrzucił go z pracy w redakcji w „Źołnierzu Polskim” oraz kilku innych postaciach, przywołuje też swój wieczór autorski w Instytucie Polskim w 2004 roku, o którym pisał już szerzej w „Dzienniku na nowy wiek”. Ale „Dziennika ciąg dalszy” to przede wszystkim Polska i sprawy polskie, którymi nałogowo żyje pisarz.
Czekamy więc na ciąg dalszy tego ciągu dalszego, życząc autorowi wielu lat tak samo niespożytych jak dotąd sił twórczych.
Piotr Cegielski