Właściwie to nawet trochę żałuję, że udałem się jakoś taki, że dużo wiem, i prawie wszystko przemyślałem. Co z tego mam? Nic. Tylko zniechęcenie. Tak pisał Tadeusz Konwicki w doskonałej powieści “Zwierzoczłekoupiór”. Wielu traktowało go jak proroka, inni jako sumienie Narodu. On sam, z dystansem, mówił: Kabotynizm u nas jest najdroższą wartością. Polityk-kabotyn, który tęgo narozrabia, za karę zostaje świętym. Artysta-kabotyn zyskuje miano natury nieprzeniknionej i wzniosłej. Z rąk kabotyna nawet socjalizm zostałby u nas przyjęty entuzjastycznie.
Zmarł Tadeusz Konwicki, jeden z ostatnich Największych pisarzy ostatnich dziesięcioleci. Zamilkł jako pisarz wiele lat przed śmiercią – może dlatego dla młodszego pokolenia czytelników stawał się nieznany. W mojej domowej biblioteczce miałem wszystkie jego książki. Ten “przywilej” miało tylko paru innych moich ulubionych pisarzy: Hłasko, Gombrowicz, Kisielewski, Orłoś, Marek Nowakowski. Konwicki bywał prześmiewczy i wizjonerski, lekkość pióra sprawiała, że czytało się go pochłaniając kartki książek.
W jednym ze wspomnień ktoś napisał:
Uczestnicząc w konwulsjach powojennej Polski Konwicki, w nie mniejszym stopniu niż Gombrowicz pomagał polskiemu inteligentowi wydobyć się z pułapki zastawianej przez historię. Rozczarowany do starych ideologii, uległ nowym (komunizm z jego obietnicą pokoju i niwelacji konfliktów społecznych), ale i tę wiarę przed trzydziestką utracił. I wtedy, w zbawiennym osamotnieniu, narodził się ponownie jako pisarz i autor filmowy. “Rojsty”, “Wniebowstąpienie”, “Nic albo nic”, “Bohi”, “Sennik współczesny”, “Zwierzoczłekoupiór”, “Kronika wypadków miłosnych”, “Kalendarz i klepsydra”, “Kompleks polski”, “Mała apokalipsa”, “Nowy świat i okolice” – kto w swojej twórczości tak umie wiązać przeszłość i przyszłość? Wykraczać poza polski prowincjonalizm? Kto tak z nami rozmawia? Konwicki nie popada w sprzeczność, kiedy wyznaje, że z jednej strony nie żałuje dawnego zaangażowania (błędy bywają korzystne), a z drugiej strony wciąż czuje się odpowiedzialny za PRL. W tym zawiera się cały sens jego pisarstwa – w połączeniu staroświeckiego poczucia winy z odpowiedzialnością za drugiego człowieka, za kraj, za świat.
Jeszcze przed trzydziestu laty jego książki znajdowały się wśród najczęściej wypożyczanych książek w Bibliotece Polskiej w Sztokholmie. Należały do kanonu lektur każdego polskiego inteligenta. Sam Konwicki był zresztą kiedyś gościem w lokalu, gdzie mieści się polska biblioteka w Sztokholmie. Wspominam o tym, bo dzisiaj to już historia. Ba, prehistoria. W tymże ośrodku goszczono najwybitniejszych i najciekawszych: był i Zbigniew Brzeziński i Józef Garliński, ministrowie i prezydenci Rządu Londyńskiego, ksiądz Tischner… Dzisiaj zastąpiono ich przeciętniakami: królują tam Braunowie, Michalkiewiczowie i Targalscy. Ponury żart historii.
Wspominam o tym, bo puentą tego jest fragment wywiadu, jaki z Tadeuszem Konwickim, zaledwie parę lat temu, przeprowadził Stanisław Bereł:
— Czy to jest tak, że w tym wieku patrzy się na wszystko jak orzeł z góry i wie wszystko – czy może na odwrót: nie wie się nic?
Konwicki: — Wstyd powiedzieć, ale trochę się patrzy z lotu ptaka. Może nie orła, może… skowronka. W moim wieku, jak człowiek ma takie zainteresowania, to patrzy na całą planetę, na całokształt naszego bytu.
Bereł: — I jak Pan patrzy na ten całokształt – to jaka jest główna myśl?
Konwicki: — Żeby się stąd wydostać jak najszybciej.
(tn)