Apel Sztokholmski

Przymiotnik „sztokholmski” kojarzy się nam z kilkoma pojęciami. Chyba każdy słyszał o sztokholmskim syndromie czy o Sztokholmskim Międzynarodowym Instytucie Badań nad Pokojem. Jednak mało kto wie, a jeszcze mniej ludzi pamięta, czym był Apel Sztokholmski mimo, że w tę akcję zaangażowanych było wiele milionów ludzi na całym świecie.

Przed II wojną światową w roku 1938 dwaj niemieccy uczeni O. Hahn i F. Strassmann odkryli ogromną energię jaka tkwi w jądrze atomu, którą można uwolnić.  Spotkało się to z ogromnym zainteresowaniem fizyków na całym świecie. Od razu w kilku krajach rozpoczęto pracę nad wykorzystaniem tej energii jako napędu oraz w celach zbrojeniowych. Badania niemieckie i amerykańskie wydawały się najbardziej zaawansowane. W momencie rozpoczęcia II wojny światowej Niemcy być może jedynie ok. pięciu lat dzieliło od wyprodukowania bomby atomowej. Końcówka wojny była walką z czasem. Alianci robili wszystko, aby przynajmniej opóźnić, a najlepiej zniszczyć niemieckie badania nad energią atomową. Gdyby to nie udało się, losy wojny i świata potoczyłyby się zupełnie inaczej. W efekcie Amerykanie byli szybsi. Udało się im skonstruować bombę atomową przed Niemcami i Rosjanami, której użyto do zmuszenia Japonii do kapitulacji.

Amerykańskie uderzenie jądrowe na Japonię Sowieci wykorzystywali propagandowo potępiając Amerykę, obwiniając o ludobójstwo, a siebie kreując na „gołąbka pokoju”.

ZSRR w roku 1943 podjął decyzję o rozpoczęciu badań nad energią nuklearną. Jednak badania te były skoncentrowane na konstrukcji broni jądrowej. Wówczas o budowie elektrowni jądrowych nikt tam nie myślał. Priorytetem było pozyskanie broni, która mogłaby zagrozić Zachodowi, dać przewagę sowietom. Po wojnie wyścig zbrojeń jeszcze bardziej przyspiesza. Skoro broń jądrową mają Amerykanie, to Sowieci muszą mieć jej więcej, a bomby muszą mieć większą moc. Pierwszą próbną detonację ZSRR przeprowadził 29 sierpnia 1949 r. na poligonie wojskowym w Siemipałatińsku. Wszystko to było możliwe dzięki sowieckim szpiegom w USA (małżeństwo E. i J.  Rosenberg). Świat oczywiście nie był informowany o sukcesie sowietów, a ci robili wszystko, aby ukryć informacje o swoim programie jądrowym, a jednocześnie odwracali uwagę od rozbudowy swoich sił zbrojnych ponad potrzeby oraz imperialistycznych dążeń.

W sierpniu roku 1948 we Wrocławiu z inicjatywy Komunistycznego Biura Informacyjnego (Kominform) odbył się Światowy Kongres Intelektualistów w Obronie Pokoju. Bezpośrednio przygotowaniem kongresu zajął się Polsko – Francuski Komitet Organizacyjny, w skład którego wchodzili m. in. I. i J. F. Joliot – Curie, Ch.-E. Jeanneret-Gris (Le Corbusier), J. Vercors, K. Ajdukiewicz, M. Dąbrowska, Z. Nałkowska, X. Dunikowski, T. Kotarbiński i J. Parandowski i wielu innych. W kongresie wzięło udział kilkuset pisarzy, artystów i naukowców reprezentujących 46 państw. Sekretarzem generalnym kongresu był polski pisarz J. Borejsza. Wśród przemówień uczestników kongresu przewijała się myśl o amerykańskim zagrożeniu dla świata, często używano pojęcia „kajdany zachodu”, które trzeba zerwać. Natomiast kraje komunistyczne przedstawiano jako gwaranta światowego pokoju. Nie wszyscy uczestnicy zjazdu byli zaślepieni, dochodziło w dyskusjach do starć ideologicznych, krytykowano wystąpienia sowieckich delegatów, którzy wygłaszali agresywne słowa nawołujące de facto do wojny, a nie do pokoju.

Gremium to postanowiło na kwiecień 1949 roku zwołać w Paryżu Światowy Kongres Partyzantów na rzecz Pokoju. Wzięło w nim udział ok. 2 tys. delegatów z 75 krajów. Tam z kolei ustalono, że w roku następnym w Warszawie odbędzie się jeszcze jeden zjazd, który przyjął nazwę Światowego Kongresu Pokoju. Obok zjazdu ukonstytuowała się organizacja o podobnej nazwie Światowa Rada Pokoju (skrót WPC, ang. World Peace Council). Jej pierwszym prezesem został J. F. Joliot – Curie (noblista, mąż starszej córki M. Curie – Skłodowskiej i P. Curie).

W Szwecji u władzy byli socjaliści, których pozycja polityczna była bardzo silna. Nieprzerwanie od roku 1936 kierowali rządem. Wówczas w kraju powstawały rozmaite organizacje o lewicowym zabarwieniu ideowym. Jedną z nich był Szwedzki Komitet Pokoju (szw. Svenska Fredskommitén) założony w roku 1949. WPC za pośrednictwem tej organizacji zwołała do Sztokholmu kolejny Kongres Obrońców Pokoju, gdzie podczas III sesji (w marcu 1950 r., są sprzeczności co do dokładnej daty) przedstawiono orędzie znane pod nazwą Apel Sztokholmski. Apel ten ukierunkowany był na poparcie polityki ZSRR po ostatniej wojnie światowej. Zresztą trudno się temu dziwić, WPC była organizacją kierowaną i finansowaną przez sowietów, a nieoficjalnym jej kuratorem był redaktor naczelny gazety „Prawda” M. A. Suslov (1902-1982).

Apel Sztokholmski nawoływał do przeprowadzenia plebiscytu we wszystkich państwach świata wzywającego do zakazu produkcji i użycia broni atomowej. Idea słuszna, bo kto normalny chce wojny, w dodatku takiej wojny, po której nic nie pozostanie. Jednak inicjatywa ta była kłamliwa i podstępna od samego początku, ponieważ wyszła ona ze strony ZSRR, który w tym czasie zbroił się na potęgę i rozwijał program nuklearny dla celów wojskowych.

W Polsce za zbieranie podpisów odpowiadał polski Komitet Obrońców Pokoju, który miał swoje struktury na szczeblu krajowym, wojewódzkim, powiatowym, grodzkim i gminnym. Akcję prowadzono od połowy kwietnia do połowy czerwca 1950 r. Jako pierwszy podpis pod apelem złożył ówczesny prezydent RP, jednocześnie przewodniczący Rady Państwa oraz I sekretarz KC PZPR B. Bierut (1892-1956).

Akcję prowadzono głównie na dwa sposoby. Jeden polegał na zbieraniu podpisów (pod „dobrowolnym przymusem”) w zakładach pracy. Fabryki przerywały produkcję, a urzędy działalność. Pracowników ustawiano w kolejkach. Na stołach leżały wielkie płachty papieru z wydrukowaną tabelą, do której trzeba było wpisywać swoje dane osobowe i podpisać się.

Drugim sposobem zbierania podpisów było odwiedzanie mieszkań. Tym zajmowały się tzw. trójki obywatelskie. Trzy osoby, przeważnie dwóch mężczyzn i jedna kobieta, stukali do drzwi polskich mieszkań i uprzejmie, ale stanowczo, prosili o podpis pod apelem. Odmowa mogła skończyć się szykanami. Ludzie odmawiający składania podpisu byli oskarżani o wrogą działalność, współpracę z obcym wywiadem itp. Dla świętego spokoju ludzie podpisywali się, aby uniknąć problemów.

 

Poza tym większość ludzi nie wiedziała co to jest Apel Sztokholmski, jakie są jego postulaty, za czym opowiadają się podpisując lub przeciwko komu / czemu stają. Zakłady pracy, organizacje społeczne oraz trójki obywatelskie miały za zadanie uświadamiać ludzi czym jest apel, ale „gonił ich czas”, więc z tego rezygnowano. Głównym zadaniem było zebranie jak największej liczby podpisów. W sumie zebrano ich  ok. 18 mln. Dochodziło do sytuacji absurdalnych kiedy ten sam człowiek raz podpisywał się pod apelem w miejscu pracy, a później jeszcze raz musiał to zrobić w miejscu zamieszkania lub na spotkaniu organizacji, do której należał (klub sportowy, harcerstwo, stowarzyszenie). Oczywiście nie wszyscy mieszkańcy Polski złożyli podpisy. Niewiele podpisów zebrano na wsi. Nawet jeśli trójki obywatelskie przychodziły do domów polskich rolników, to ich raczej nie spotykali, była wiosna i ludzie byli zajęci pracami polowymi. Podejrzewa się, że podpisy głównie zebrano od mieszkańców miast, a ci stanowili wówczas mniejszość mieszkańców Polski (36,9%, wobec 63,1% mieszkańców wsi). W ten sposób niemal połowa podpisów została zduplikowana. Niektórzy podpisywali się nawet trzy razy. Stąd ta oszałamiająca liczba podpisów zebranych w Polsce.

Blankiety do wypełnienia były drukowane we wszystkich polskich dziennikach. Druczek można było otrzymać również w sklepach, urzędach, na poczcie, a nawet na dworcach.

Chociaż apel został wystosowany w Sztokholmie, a w tamtym czasie w Szwecji panowały nastroje lewicowe, to zbieranie podpisów w tym kraju miało bardzo spokojny charakter. Przede wszystkim nie było żadnego przymusu. Akcja nie była prowadzona w zakładach pracy, żadne komitety czy trójki obywatelskie nie nękały ludzi w ich domach. Nikogo nie szykanowano za odmowę podpisu. Ówczesna prasa prawie nie interesowała się tym tematem. Podpisy zbierano „pocztą pantoflową”. Osoby zbierające podpisy mogły liczyć na ludzi z najbliższego kręgu znajomych czy rodziny. Wydaje się, że liczba podpisów nie była imponująca. Podobno zebrano ich w Szwecji ok. 330 tys. Jeszcze mniej podpisów złożyli Duńczycy 140 tys. i Norwegowie 100 tys. Skandynawowie chłodno podchodzili do tej inicjatywy. W przeciwieństwie do Polski, niewiele publicznych, znanych osób było zaangażowanych w tę akcję. Wówczas w Szwecji premierem był T. Erlander (1901-1985), nie ma żadnej wzmianki w prasie tego okresu, aby składał swój podpis pod apelem. Przeważnie w akcji tej brali udział szwedzcy komuniści i osoby związane ze Szwedzkim Komitetem Pokoju, również niewielka liczba dziennikarzy czy pisarzy o lewicowych poglądach. Jak dowiadujemy się z lektury raportu pt. „Politisk övervakning och personalkontroll 1945-1969. Säkerhetstjänstpolisens medverkan i den politiska personalkontrollen” (dokument został odtajniony dopiero w roku 2002) Szwedzka Policja Bezpieczeństwa (Säpo) interesowała się środowiskiem szwedzkich komunistów i pacyfistów popierających Apel Sztokholmski podejrzewając ich o przynależność do tajnych, międzynarodowych organizacji ekstremistycznych. Została sporządzona lista podejrzanych osób, które objęto obserwacją. Szwedzki rząd obawiał się ludzi zbyt blisko współpracujących z sowietami i słusznie. Nie wiadomo do jakich celów mogli zostać wykorzystani.

Tutaj na uwagę zasługuje małżeństwo pisarzy: Maria Wine (z pochodzenia Dunka, znana również pod nazwiskiem Karla Maria Lundkvist, urodzona jako Karla Petersen, 1912-2003) oraz jej mąż Artur Lundkvist (1906-1991, foto niżej). Maria przygodę z pisarstwem rozpoczęła pod wpływem swego męża. Okres jej najpłodniejszej twórczości przypada na lata 50-te. Za swą twórczość otrzymała kilka nieznaczących nagród. Pisała głównie o miłości, jej twórczość była przepełniona erotyzmem. Natomiast Artur zanim związał się z Marią miał już pewien dorobek pisarski.

Artur prawdopodobnie we wczesnych latach 40-tych związał się z ruchem lewicowym. Wstąpił później do kilku organizacji, które – jak wiemy to dzisiaj – były finansowane i kierowane przez komunistów z Moskwy. Do Szwecji pieniądze dla tych organizacji nie płynęły bezpośrednio z Kremla, ale za pośrednictwem organizacji w innych krajach, np. poprzez Związek Szwecja – NRD (szw. Förbundet Sverige – DDR). W roku 1950 Artur Lundkvist został mianowany wiceprzewodniczącym Światowej Rady Pokoju (WPC). Nie ma najmniejszych wątpliwości, że był on w Szwecji realizatorem sowieckiej polityki. Za swą działalność na rzecz ZSRR był odznaczany medalami (Pokojowa Nagroda Lenina – 1958 czy Order Lenina – 1962). Podobne poglądy polityczne miała również jego żona. Oboje stanowili w Szwecji prosowiecki tandem. Oczywiście Artur, jako członek zarządu Szwedzkiego Komitetu Pokoju musiał być zaangażowany w Apel Sztokholmski.

Wraz z upadkiem ZSRR i zmianami ustrojowymi w krajach bloku wschodniego jego działalność polityczna i literacka zgasła. Powód był prozaiczny, skończyło się finansowanie organizacji prosowieckich na świecie z powodu poważnych problemów ekonomicznych w Rosji. Niewiele też pisał w latach 90-tych, głównie ze względu na podeszły wiek, ale też nie miał już o czym pisać. Upadła jego muza, którą była idea światowego komunizmu. Nie można było dłużej wychwalać ustroju, który nie sprawdził się. Twórczość Lundkvista nie była typowym pisarstwem zaangażowanym politycznie, jednak odbicie idei marksistowsko – leninowskich widać wyraźnie w jego tekstach, szczególnie w jego wspomnieniach z licznych podróży, głównie do krajów trzeciego świata (Skinn över sten – 1947, Indiabrand – 1950, Malinga – 1952 i inne). Chętnie też odwiedzał Związek Sowiecki, Chiny, Kubę i inne kraje komunistyczne. Zachwycał się politycznym ustrojem w tych państwach. Spotkało się to oczywiście z krytyką jego działalności w Szwecji. Lundkvista uważano za człowieka bezkrytycznego, zaślepionego komunizmem. Szwedzi bowiem doskonale wiedzieli czym jest stalinowska wersja socjalizmu, którą hołubił.

Małżeństwo Lundkvist mieszkało do śmierci w Solna (przy Råsundavägen 156). Po śmierci Lundvist’ów postawiono ich popiersia, w Parku im. Marii Wine stanęło jej popiersie, a w Parku im. Artura Lundkvista (u zbiegu ulic Råsundavägen i Tvärvägen) – jego. Tak się złożyło, że przypadkowo, idąc ulicą, trafiłem na odsłonięcie pomnika Marii Wine. Wówczas nie wiedziałem kim była, a tym bardziej nie znałem jej twórczości. Oba te pomniki stały spokojnie do roku 2021, kiedy jesienią (na przełomie października i listopada) zniknęły bez śladu i do dzisiaj nie zostały odnalezione. Faktu zniknięcia nie zauważono od razu. Prawdopodobnie dopiero po wielu dniach, a może po tygodniach ich brak zgłoszono policji. Nie wiadomo czy oba pomniki ukradli zbieracze metali kolorowych, czy ich zniknięcie należy wiązać z ich działalnością polityczną. W Solna w ostatnich latach zostało skradzionych kilka pomników. Nie należy jednak wykluczyć drugiej przyczyny. W Szwecji nie brakuje organizacji neofaszystowskich, skrajnie prawicowych i nacjonalistycznych, którym idee małżeństwa Lundkvist są absolutnie obce, a nawet wrogie. Tak czy inaczej, po Lundkvist’ach pozostały puste cokoły w smoleńskich parkach. Dopiero niedawno postawiono kopie popiersi.

Sowiecka propaganda chwaliła się kolosalną liczbą zebranych podpisów na świecie pod Apelem Sztokholmskim. Podawano zawrotne liczny od 500 mln do miliarda. Tylko w ZSRR zebrano od 140 mln do 273 mln, co przewyższało liczbę wszystkich mieszkańców tego państwa. Wówczas jeszcze nie umiano tak dobrze fałszować wyborów i plebiscytów jak to robi się dzisiaj. Celem apelu było zmuszenie USA do likwidacji broni jądrowej, podczas gdy ZSRR miał po cichu powiększać swój arsenał nuklearny. Nikt na Zachodzie nie mógł nabrać się na tę prymitywną akcję. Wszyscy doskonale wiedzieli czym to mogłoby skończyć się dla świata. Sygnatariuszami Apelu Sztokholmskiego było wielu znanych na świecie naukowców, artystów i ludzi pióra (J. Amado – pisarz, L. Berstein – kompozytor, M. Chagall – artysta, M. Chevalier – aktor, T. Mann – pisarz, P. Neruda – poeta, P. Picasso – malarz, G. B. Show – dramaturg, D. Shostakovich – kompozytor i pianista i wielu innych). Mimo swego geniuszu i talentów dali się wciągnąć w propagandową akcję, zostali wykorzystani przez sowietów. To też przestroga dla ludzi współczesnych, aby być niezwykle ostrożnym w dawaniu poparcia czasem z pozoru słusznym projektom, ponieważ można wystawić na szwank swoją pozycję i autorytet budowane i zdobywane latami i umrzeć w niesławie. Po Apelu Sztokholmskim nic nie pozostało, nie wywołał on żadnego oddźwięku w świecie, zebrane miliony podpisów nie zrobiły wrażenia na amerykańskich i zachodnich politykach, a wielcy ludzie zaangażowani w tę akcję zostali zapamiętani jako agenci Kremla lub dobroduszni naiwniacy.

Andrzej B. Lewkowicz

Lämna ett svar