Rok 1974, Wrocław. Koncert w Auli Leopoldina. W drzwiach auli Marek Jackowski, Tomasz Hołuj, Jacek Ostaszewski. Odziani w długie białe szaty. Daleki Orient. Podają dłoń każdemu wchodzącemu do sali.
Ozdobiona freskami aula epatuje grupami rzeźbiarskimi, sztukatorskimi ornamentami, licznymi portretami osób zasłużonych dla zakonu jezuitów. Nad audytorium fresk będący apoteozą Mądrości Bożej. Aula kipi bogactwem wystroju późnego baroku. Niewiele z tego widzimy wchodząc na koncert, za całość oświetlenia służy kilka świeczek. Miejsca w ławach zajęte, ledwie znajdujemy kawałek siedziska na posadce. Muzycy zajęli miejsce na audytorium.
Najpierw mocne uderzenia gitary, miarowe akordy Marka, po chwili Jacek na flecie prostym. Melodia porywa nas w nieznane. Kondor w locie. Temat ciekawszy od słynnego el condor passa. Temat powtarza się, zaprasza do dłuższego lotu. Gitara, zamaszystymi akordami, formuje rytmiczny budulec. Melodyczny temat na flecie kołuje, przyspiesza, jakby chciał nas zwabić ”andyjską tarantellą”. Dołączają doń bębny. Melodia śmiało wzbija się w przestworza, bębny w dialogu z gitarą i fletem, rytm posuwisty, prawie passo doble w podróży ku przestworzom. Temat rozgaduje się w wariacjach, by po chwili, przy cichnących akordach gitary i lekko zaznaczonych dźwiękach tabli, ograniczyć się do kołowania nad naszą łąką.
Zdecydowane przejście w inne rewiry, zaznaczone akordami gitary. Nagle flet zaczyna krzyczeć, głos flecisty łączy się z krzykiem fletu, słychać przedmuchy, świszczenia, bulgotanie, tabla coraz żywsza, akordy gitary niemal punkowe. Słyszę, że passo doble gotowi się do ponownie do marszu, bardziej uroczyste teraz…
I wyciszenie. Powrót tematu głównego. Kołowanie, które nas przywitało.
Poczucie rajskości. Rozkosz przenika zmysły. Motyw główny po chwili zanika, świszczące skowronki wyrywają się z fletu, by obsiąść kiepsko oświetlone figurki. Nam to nic, my w dolinie, my na wzgórzu, my gdzieś het, bez oznaczeń jakowych. Gitara Marka brzmi teraz jak sitar, jest tabla, jest niespieszna pielgrzymka. Więc to tak.
Ale, ale, ruszyły bębny Tomasza. Żywe, jakby afrykańskie. Po chwili wraca jednak główny temat „Księgi deszczu”.
To ja go gram na flecie prostym. Dwa lata później, w Jaskini Mylnej. Do muzyki spadającej wody w komnacie przepastnej jak katedra. Przeczołgaliśmy się tam wąskimi korytarzami jaskini. Plecaki pchamy przed sobą, niektórzy mają latarki, podłoże mokrawe, szuranie po otoczakach nie poprawia komfortu wyprawy. Doszliśmy do Wielkiej Izby, następnie korytarzem, zwanym Ulicą Pawlikowskiego, dotarliśmy do komnaty o nazwie Chóry. Spadająca woda zdumiała nas efektem chóralnej wokalizy. Gram zatem. Ten temat.
Przewodnikiem teraz akustyczna gitara Marka. Dochodzi mnie gardłowe buddyjskie murmurando, słyszę Jacka na kontrabasie, coraz wyraźniej dochodzą mnie słowa: „Oczywiste istnienie”. Tabla Tomasza zamyka tę scenę.
Niektóre twarze na portretach w Auli przypatrują mi się uważnie, choć bardziej się tego domyślam. Poświata bowiem marna, nawet brodate postacie w bieli zasiadłe na podium ledwie widoczne. Słyszę głos Jacka obejmującego kontrabas: Papuga szamocząca się w klatce, po wydostaniu się na wolność, rozbija się o pierwszą szybę. Trudno o tym myśleć bez gniewu.
Dziarski temat prowadzony fletem naciera na nas, szybko, szybko, jakoś tak bałkańsko się zrobiło. Rytmicznie, wręcz zabawowo. Flet prosty świszczy coraz śmielej, powtarza motyw prędzej i prędzej, gitarzysta i tablista ledwie nadążają. I bez kropli wytchnienia nagły zjazd.
Ponownie temat główny. Kondor, ja i „Andy duchowe”…
Sala kongresowa. Warszawa. 1975. Muzyka Osjan zamilkła. Milczy też publiczność. Po raz pierwszy w historii Jazz Jamboree nie wystrzeliły po koncercie petardy oklasków. To trwało bardzo długo, nawet jeśli to tylko takie wrażenie. Ptak wolności wzbił się pod sklepienie socrealistycznej hali zjazdów. Szukał wyjścia. Kołował po sklepieniem, nie znajdując go.
Zaklaskaliśmy w końcu.
Zygmunt Barczyk