ANNA WINNER: Natalia zwana Nacią

Zapraszam Czytelników na spotkanie z wyjątkową kobietą. Ktoś może powiedzieć, jak można napisać powieść o służącej. Można. Tylko, że Nacia nie była tylko służącą. Była członkiem rodziny, powiernicą i przyjaciółką mojej babci, przez kilka lat pomagała mojej mamie. Dla mnie, małej dziewczynki, była tylko Nacią. Byłam zazdrosna, bo faworyzowała moją starszą siostrę. Na nowo poznałam ją dopiero w 1964 roku, gdy przyjechałam na badania terenowe organizowane pod auspicjami Polskiej Akademii Nauk. Mimo różnicy wieku zaprzyjaźniłam się z nią. Teraz ja stałam się powiernicą myśli, których nie chciała wypowiadać przed nikim innym. Jej opowieści, a później listy, prócz spraw prywatnych zawsze komentowały to, co się dzieje w Polsce. Były swoistym KALENDARIUM, w którym zapisywała ważne dla niej momenty. Mówiła, że pamięć jest ulotna, a daty nawet bardzo ważnych wydarzeń zapominane są zbyt szybko. Ta kobieta, która miała zaledwie średnie wykształcenie, imponowała swoją rozległą wiedzą. Interesowała ją astronomia, loty kosmiczne, ale też i sport (kolarstwo) i muzyka Chopina. Zaskakiwała trafnymi ocenami politycznymi, poglądem na różnice pomiędzy wiarą w Boga a obrzędowością, którą stworzyli słudzy pańscy – Kościół. Poznajcie Natalię piękną kobietę, którą pokochał o 17 lat młodszy od niej mężczyzna. Ich miłość przetrwała 48 lat. (Anna Winner)

– Jestem nieślubnym dzieckiem – zaczęła bez zbytnich wstępów.  Jak się dowiedziałam od babci, moim biologicznym ojcem był bogaty Żyd mieszkający we Lwowie. Nazywał się Izrael Rosenkranc. Właśnie do niego przyjechałam, ale go nie zastałam go. Opuścił Polskę. Mój biologiczny ojciec pochodził z pobożnej, ale ubogiej rodziny żydowskiej mieszkającej w Kołomyi. Stypendium gminy żydowskiej dla uzdolnionej młodzieży pozwoliło mu na studia na wydziale ekonomii uniwersytetu we Lwowie. Zdał egzamin końcowy z najwyższą notą. Po studiach dostał pracę w banku, którego właścicielem był ojciec jego późniejszej żony, pani Sary. – Natalia rzuciła mi ukradkowe spojrzenie– jakby sprawdzając – jak zareaguję. Nie przerywałam jej.

– Moja matka nazywała się Anastazja Kozłowska, jej mama miała na imię Raisa. Babcia była z mieszanego małżeństwa pół Ukrainką, pół Polką. Wyszła za Polaka, Wiesława, Adama Kozłowskiego. Wtedy na naszym terenie takie mieszane związki były powszechne. Często zdarzało się, że na przykład mąż chodził do cerkwi, a żona do kościoła (albo odwrotnie). Dzieci też chrzcili, jak im pasowało.

Ojciec – jak plotka głosiła – był zubożałym szlachcicem herbu „Walny mur”, co oznaczać miało walący się mur. Ojciec chwalił się, że rodzina otrzymała go w piętnastym wieku. Choć może to nie było prawdą, bo który polski szlachcic ożeniłby się z Ukrainką? Kiedyś babcia Raisa pokazywała mi jakieś stare papiery rodowe jej męża z herbem mającym w białym polu ukośnie narysowany mur. Nie wiem, czy były autentyczne. W każdym razie w domu mówiło się wyłącznie po polsku, a ojciec dużo czytał i miał, jak na tamte czasy obszerną bibliotekę. Chyba po cichu nienawidził Ukraińców. Nie utrzymywał kontaktów z rodziną swojej żony, a mamę, jego jedyne dziecko, wychowywał na Polkę, katoliczkę. Był człowiekiem bardzo gwałtownego charakteru. Wypiwszy, bił się z sąsiadami, bił też z byle powodu żonę i córkę. Po jednym takim wydarzeniu moja mama uciekła z domu do Lwowa. Miała wtedy ukończone siedemnaście lat. Ktoś naraił jej pracę pokojówki u Sary i Izraela Rosenkranców.  (…)

Słuchając jej, zwróciłam uwagę na to, że Natalia ma duży zasób słów i formułuje zdania jak osoba wykształcona i oczytana, nie jak prosta chłopka (nie wiedziałam jeszcze, że wtedy nie miała nawet ukończonej szkoły powszechnej). Zastanawiałam się, jak to jest, że poza lwowskim zaśpiewem używa bardzo poprawnego języka polskiego. Czyżby wyniosła go z domu? Ojciec ponoć dbał o to, by mówić po polsku. Był zubożałym szlachcicem…

– Natalia westchnęła ciężko. Zamilkła. Nie pytałam ją o nic. Po chwili podjęła opowieść. Przeszłyśmy z mamą wiele: dwie rewolucje, wojnę białych i czerwonych, napady band, powstanie ZSRR i utworzenie Ukraińskiej Republiki Ludowej. Nowy, sowiecki rząd wprowadził tak zwaną „paszportyzację”, czyli obowiązkowe paszporty dla swoich obywateli. W rubryce narodowość wpisywano „ukraińska”, miejsce urodzenia ZSRR. Ciotka, jako żona Ukraińca, przyjęła to, ale moja mama zaprotestowała. Nie chciała, byśmy miały wpisaną narodowość ukraińską, bo to automatycznie dawałoby nam obywatelstwo sowieckie. Zapłaciła za wyrobienie mi fałszywego świadectwa mówiącego, że urodziłam się w 1913 roku, w Polsce we Lwowie. Ten sam fałszerz podrobił mamie dokument ślubu, który zawarła w 1912. Jej mężem, a moim ojcem miał być niejaki Orest Kozłowski pochodzący z Litwy. Władzom powiedziała, że jesteśmy obywatelkami polskimi i że chcemy wracać do Polski. Pokazała nasze polskie dokumenty i odmówiła przyjęcia sowieckiego paszportu. Niestety, ktoś doniósł, że dokumenty są fałszywe, bo aresztowano nas. Domyślałyśmy się, że to pewnie ten sam Ukrainiec, który naraił nam fałszerza i oczekiwał od mamy zapłaty w naturze. Gdy go przepędziła zaczął się zalecać do mnie, a mama go przepędziła.

Na rozprawie sądowej. dorobiono do tego polityczny charakter zbrodni przeciw ZSRR. Zapadł wyrok skazujący mamę i mnie, na zesłanie. Było to nakaz przymusowego i bezterminowego osiedlenie na terenie Syberii niedaleko Omska. Nie miałyśmy prawa opuszczania miejsca pobytu i ponadto musiałyśmy pracować w kołchozie. (Jednej rzeczy nie dopilnowali. Nie skonfiskowali nam tych fałszywych dokumentów i z nimi wywieziono do kołchozu jako Polki odpracowujące karę), Kierownictwo wiedziało, że jesteśmy skazane za działalność przeciw ZSRR i dlatego traktowane byłyśmy okropnie.  Mama pracowała na plantacji bawełny. Nie było maszyn, ludzie musieli robić wszystko ręcznie. Żeby dojść na plantację, wstawała o piątej rano i pracowała aż do zmroku. Ja zostałam dojarką. Doiłam dziesiątki krów praktycznie cały dzień. Nie stały w oborach. Wypasane były na łąkach leżących kilkanaście kilometrów od kołchozu nad rzeką Om. Tam, na miejscu je doiłam, a mleko nosiłam w ciężkich wiadrach do miejsca odbioru. Wieczorem obie padałyśmy na wyrkach i nieumyte zasypiałyśmy. Byłyśmy wiecznie głodne. Jadłyśmy w kołchozowej stołówce raz dziennie. Najgorsza była zima. Nie było już prac polowych i mama nie miała roboty, a kto nie pracuje, ten nie je. Dobrze, że krowy na zimę zapędzano do obory, dzięki temu miałam pracę i nie marzłam. Wyrabiałam normę, a poza tym zawsze, jak nikt nie widział mogłam się napić mleka, a to oszukiwało głód. Raz próbowałam przynieść kubek mleka dla mamy, ale przyłapano mnie na tym. Mleko wylano, a mnie zapisano, że nie wykonałam normy. Obie miałyśmy wiele propozycji matrymonialnych, ale nie byłyśmy zainteresowane.  Mama nie ustawała w staraniach, by uzyskać zezwolenie na wyjazd do Polski.  Cały czas wysyłała różnego rodzaju petycje do władz, ale nic nie uzyskała. Wybuchła wojna, zwana później pierwszą światową. Powołano do wojska wszystkich mężczyzn ze wsi. Zarekwirowano konie, furmanki itp. Wszystkie prace polowe trzeba było teraz wykonywać ręcznie. Kobiety (zamiast koni) zaprzęgane były do pługów i do bron. Doszła do tego jakaś zaraza krów. Padały jedna za drugą. Straciłam pracę dojarki. Wydawało się, że nie przeżyjemy tej zimy, ale człowiek może przejść więcej niż sądzi. Tak przeszły dalsze trzy lata. Pod koniec wojny, gdy już było wiadome, że Polska powstaje, jak Feniks z popiołów, mama zdecydowała, że musi działać. Dowiedziała się, że w Omsku zorganizowano Komitet Pomocy Polakom Przebywającym na Zesłaniu. Zebrała nasze dokumenty (te fałszywe) i bez pozwolenia milicji, na piechotę dotarła do Omska. Tam odszukała Komitet i przedstawiła naszą sytuację. Pan, który nazywał się Urban (zapamiętałam jego nazwisko) powiedział, że pomoże nam wrócić do Polski. Nie wiem, jak to załatwił, ale pewnego dnia zostałyśmy wezwane do kierownictwa kołchozu. Tam dowiedziałyśmy się, że jesteśmy wolne i możemy wyjechać. W Omsku miałyśmy się zgłosić do milicji, gdzie dostaniemy oficjalne pozwolenie, na powrót do „poprzedniego miejsca zameldowania”, czyli do województwa lwowskiego. No i tym sposobem wydostałyśmy się z sowieckiego raju.

Anna Winner

Fragment książki przygotowywanej do druku.

Lämna ett svar