”Jak ziarenka piasku” po raz trzeci

Już wkrótce ukaże się w Wydawnictwie Polonica trzeci tom opowiadań ”Jak ziarnka piasku. O ludziach spotkanych w Szwecji i w Polsce” autorstwa sztokholmskiej autorki, Anny Winner. Niżej publikujemy fragment nowej książki.

Bożenę poznałam na przyjęciu u Hanki i Jacka. Na oficjalnym zaproszeniu z okazji ich 40-lecia ich ślubu napisano:

„Zapraszamy na Garden Party z okazji naszej czterdziestki obchodzonej w najdłuższą noc 23 czerwca. Początek o godzinie 20:00. Stroje nieobowiązkowe”.

Bardziej już nieoficjalnie brzmiało zaproszenie przez telefon: Przyjdź do nas w sobotę na midsommar-grilla.

– A ta czterdziestka to nie żart? Naprawdę macie już taki długi staż?

– Nie widać tego? – roześmiała się.  – Matti już studiuje, a Anna w tym roku zdaje maturę.  Przyjdź, to zobaczysz jak dzieci wyrosły. Zrobiliśmy specjalną podłogę i będziemy tańczyć całą noc. Gwarantuję ci, że słońce zajdzie tylko na chwilę. Poznasz ciekawych ludzi. Tylko nie przynoś  na prezent żadnych „durnostojków”  – znowu roześmiała się  –  Przyjmujemy tylko wino i dobry humor!

W piękny, jasny wieczór  przyjechałam do Hässelby, gdzie w tak zwanym rådhusie (szeregowcu)  mieszkali Hanka z Jackiem. Kupiłam butelkę czerwonego wina (z górnej półki) i duży, kolorowy bukiet dla „czterdziestolatków”. Było wesoło. Dużo ludzi, których w ogóle nie znałam. Hania zaraz „zagarnęła” mnie do kuchni i z przejęciem oplotkowywała gości. Powiedziała, że muszę koniecznie poznać Bożenę Larsson  –  matkę chrzestną jej Mattiego.

– Można pośmiać się, jak ci opowiem historię jej związku. O! Właśnie wchodzą  – jak zwykle nieco spóźnieni.(To, jak rozumiesz  nie wina punktualnego Szweda, a tylko uroczej Bożenki)  – dodała.

W drzwiach zobaczyłam niewielką, fertyczną, po chłopięcemu ostrzyżoną brunetkę ubraną z góralska w kwiecistą spódnicę, bluzkę z długim, haftowanymi ażurkiem rękawami i kołnierzem, do tego miała aksamitny gorset w kwiaty. Na szyi trzy sznury autentycznych korali. Czerwoną, zakopiańską chustę z frędzlami narzuciła na plecy. Na jej nogach zobaczyłam  kierpce. Była ode mnie młodsza pewnie o dwadzieścia kilka lat. Obok niej stał jej mąż. Równie jak ona ubrany na ludowo, z tym, że w szwedzki strój z okolic Uppsali. W żółtych spodniach zapinanych pod kolanami, białej koszuli i niebieskiej kamizelce. Na nogach miał białe skarpety i  czarne buty z klamrą. Strojem odróżniali się od reszty towarzystwa. Wyglądali bardzo kolorowo. Od Hanki dowiedziałam się, że mąż Bożeny nazywa się Karl, ale wszyscy mówią do niego zdrobnieniem Kalle.

Był typowym, Szwedem (tak jak mają wyglądać  szwedzcy Vikingowie). Wysoki, barczysty jasny blondyn o niebieskich  oczach.

Śmiesznie mówił po polsku, używając odmiany żeńskiej: zakochałam się, zrobiłam, podałam, poszłam, itp. Nie chodził na żadne kursy polskiego, po prostu słuchał jak żona rozmawia z mieszkającą z nimi matką Bożenki i od nich przyjął żeński rodzaj. Widział, że wzbudza tym wesołość Polaków, ale nie przejmował się. Był bardzo sympatyczny i wyglądał na zakochanego w Bożenie.

Zaciekawili mnie. Poprosiłam Hankę, żeby zapytała Bożenę, czy chciałaby poświęcić mi trochę czasu i opowiedzieć o sobie. Nie minęła chwila, a Bożena sama podeszła do mnie.

– Hanka mówiła mi, że piszesz książki i zbierasz materiały do następnej  – powiedziała wprost, nie bawiąc się w ceregiele przedstawiania się.

– Tak. Hanka chciała mi opowiedzieć o tobie, ale ja wolałam usłyszeć z „pierwszej ręki”.

– Okej, rozumiem. Dzisiaj jest tu zbyt dużo ludzi, ale może spotkamy się w tygodniu po pracy. Pracuję do 17:00. Co proponujesz?

– Może  lepiej by było, żebyś wpadłabyś do mnie. Mieszkam w Gröndal  – nad jeziorem Trekantem w  takim 10 piętrowym budynku  po drugiej stronie ulicy.

– Znam Gröndal, nie musisz mi tłumaczyć. Nie obraź się, ale jest taka piękna pogoda, że wolałabym spotkanie w plenerze. Co byś powiedziała gdybyśmy na przykład poszły do „Nobels Blasting Bunkers” czyli  – do Noblowskich bunkrów, gdzie Alfred Nobel przeprowadzał swoje doświadczenia z dynamitem. Od Gröndal do Vinterviken to tylko 20 minut przechadzki.

– A wiesz, że choć mieszkam tu już kilka lat, nigdy jeszcze tam nie byłam!

– To ci pokażę. Warto zobaczyć. Zadzwoń do mnie to się umówimy.

– Lepiej ty zadzwoń do mnie. Ja jestem już emerytką i mam wiele czasu. Dostosuję się do ciebie. Podałam jej wizytówkę z numerem telefonu.

Przyjęcie przeciągało się, dochodziła już druga w nocy. Młodzi, jeszcze niestrudzeni tańczyli, my starsi rozsiedliśmy się przy stole. Potworzyły się grupki. Poczułam się zmęczona. Zamówiłam taksówkę i pożegnałam  miłych gospodarzy.

Następnego dnia nad Sztokholmem zgromadziły się czarne chmury. Przez cały tydzień albo padało, albo lało. Za to w sobotę zaświeciło słońce. Prognoza na najbliższe dni była zachęcająca. Bożena nie zadzwoniła. Zastanawiałam się, czy może zgubiła moją wizytówkę? Ja nie zapisałam jej numeru. Już chciałam dzwonić do Hanki, żeby go od niej wziąć, gdy zadzwonił telefon. To była Bożena.

– Cześć! Aktualne to nasze spotkanie? Nie rozmyśliłaś się?

– Nie.

– To może spotkałybyśmy się jutro, w niedzielę. Mój mąż wyjechał z zespołem na tańce  i mam „wychodne”. Co byś powiedziała, gdybym przyjechała po kościele około 12:00?  Przyjadę tunnelbaną do Liljeholmen.

–Dobrze. Będę czekać nad jeziorem.

Bożena przyjechała pierwsza. Już z daleka pomachała do mnie.

– Ależ tu pięknie! Z okien widzisz jezioro?

– Tak.  Mam widok na dwa jeziora. Z salonu na Trekanten, a z sypialni na Mälaren. Trekanten to  niewielkie oczko. Możemy je obejść w pół godzin. Pójdziemy ścieżką, czy nad jeziorem? Tam są położone specjalne kładki.

– Okej, nad jeziorem.

– A wiesz, sprawdziłam w internecie, że można do bunkrów dopłynąć stateczkiem, który wypływa spod ratusza.

– Po co o tym mówisz? Pewnie, że można, ale my umówiłyśmy się na spacer  – powiedziała rozbawiona.

Wolno szłyśmy nad jeziorkiem. Bożena nagle aż stanęła z wrażenia. Nad Trekantem pojawił się orzeł rybojad. Chwilę krążył. Nagle złożył skrzydła i runął do wody. Po chwili wynurzył się mocno machając skrzydłami. Drobne krople wody, przez które prześwietlało słońce stworzyły wokół niego srebrzystą aureolę. W szponach trzymał rybę. Majestatycznie odleciał w stronę Mälaren.

– Co za piękny widok! Ale on był wielki!

– To była samica, samiec jest znacznie od niej mniejszy. Nad Mälaren mają swoje gniazda, ale nad Trekanten przylatują na łowy. Nasze jezioro jest sztucznie zarybiane. Orły (i czaple też) przylatują tu po łatwą zdobycz.

Minąwszy jezioro przeszłyśmy pod filarami oddanej w 1965 roku autostrady E4 zwanej Essingeleden. W tym miejscu łączy ona przestrzeń między Gröndal i wyspą Stora Essingen mostem wysokim na około 26 metrów. Dopiero widziana od dołu autostrada dawała pojęcie o swojej wielkości.

Dalej prowadziła już ścieżka dochodząca do Vinterviken położonego nad wielkim jeziorem Mälaren. Niezbyt dobrze utrzymana z poniszczonym ławeczkami i rozbitymi kloszami lamp. Już z daleka widać było gmach pierwszej fabryki nitrogliceryny. Obecnie mieści się w niej małe, nieciekawe muzeum z umieszczonymi na planszach zdjęciami przedstawiającymi dawną fabrykę i czynną tylko w lecie restauracją. Pobieżnie zwiedziłyśmy budynek i skierowałyśmy się do pozostałości po czterech ziemnych bunkrach, w których Nobel przeprowadzał doświadczalne wybuchy. W przewodniku wyczytałam, że podczas jednej z takich prób zginął tu Emil Nobel, brat Alfreda Nobla.

– A wiesz o tym, że wynalazek dynamitu był przypadkowy?  – pochwaliłam się swoją erudycją.

– Jak to?

– Cały problem z nitrogliceryną (jako materiałem wybuchowym)  polegał na tym, że była bardzo trudna do transportu. Nawet lekkie wstrząśnięcie mogło wywołać wybuch. Pewnego razu Noblowi wylała się fiolka z nitrogliceryną na znajdującą się w bunkrze ziemię zwaną okrzemkową. Nitrogliceryna wsiąkła w nią. Nobel zauważył, że ma ciastowatą konsystencję i można ją rolować w laski bez ryzyka przedwczesnego wybuchu. Ulepił coś na kształt kiełbaski, zamontował w tym wynaleziony przez niego lont. Wymyślił zdalnie odpalany zapalnik i swój wynalazek zarejestrował pod nazwą dynamitu.  Bożenka patrzyła na mnie niedowierzając.

– E, to nieprawda.

– To jest autentyczna historia. Wielkie odkrycia często są sprawą przypadku.

– To tak jak było z Flemingiem i jego odkryciem penicyliny  – przyznała Bożenka.

Bunkry wyglądały na zaniedbane, zarośnięte trawą. Metalowe drzwi prowadzące do nich zardzewiałe. Zastanawiałyśmy się dlaczego bogate Fundacja noblowska nie dba o nie i nie rozpropagowuje tego unikalnego miejsca  – świadka historii jednego z największych odkryć epoki.  Bożenka zatrzymała się przed pomnikiem – biustem Nobla i głośno czytała umieszczony niżej rys historyczny. Mnie zachwycił swoisty „pomnik” upamiętniający wynalazek Nobla. Była to pionowa szpara jaka powstaje w skale, po wierceniu miejsca na lont. Ślad, pozostający po wysadzeniu skały dynamitem. U stóp tej skały została umieszczona prawie niewidoczna tabliczka z nazwiskiem Nobla. Niestety nie zapamiętałyśmy, kto był pomysłodawcą i autorem tego oryginalnego pomnika.

W restauracji kupiłyśmy na wynos „köttbullar med potatismus” z dżemem z borówek  – (typowa szwedzka potrawa z małych kuleczek z mięsa), wzięłyśmy lekkie, niskoprocentowe piwo i siadłyśmy na drewnianych schodach przystani zapatrzone w bawiące się na fali promienie słońca.

– W takiej scenerii mogłabym opowiedzieć ci całe moje życie  – zaśmiała się Bożena – ale oszczędzę ci tego. Powiem ci o moim spotkaniu z Kalle.

– Zamieniam się w słuch. Pozwolisz, że będę robiła notatki?

– A, rób sobie. Jestem góralką, co pewnie poznałaś po stroju. Pochodzę z Poronina. Nasz dom leżał niedaleko pensjonatu Gutów Mostowy, gdzie Lenin mieszkał przez jakiś czas.

– Wiem, gdzie to. Na moich pierwszych w życiu koloniach byłam właśnie w Poroninie i zaprowadzono nas do muzeum Lenina. Ciebie naturalnie jeszcze nie było na świecie. To dawne dzieje.

– Ja o tym Leninie tylko zażartowałam, nie ma czym się chwalić. Już go nie ma. W 1990 roku zlikwidowano to muzeum. Ale nie o tym chciałam mówić.

Strój góralski kupiłam  podczas bytności w Polsce, bo Kalle chciał, bym na szwedzkie święta koniecznie chodziła w stroju ludowym. Oczywiście miał na myśli szwedzki strój. Szwedzi są bardzo przywiązani do tradycji. Wielu z nich należy do zespołów tanecznych i na swoje spotkania przychodzą w strojach ze swoich okolic. Pomyślałam, że nie będę taką „sztuczną Szwedka”. Niech Svenssoni (jak powszechnie nazywa się Szwedów) zobaczą mój strój ludowy! Gdy w zeszłym roku, przyszłam na ich spotkanie tak ubrana, zrobiłam furorę. A wiesz co im się najbardziej podobało? Kierpce! Od razu dostałam zamówienie na 20 par, dla całego zespołu, w którym tańczy mój Karolek. Oni w swoim repertuarze chcą umieścić Krakowiaka!

– Hania powiedziała mi, że twoje narzeczeństwo z Kalle ma dość przewrotną historię  – trochę nachalnie przerwałam jej.

Popatrzyła na zegarek.  – No tak. Jak zwykle odeszłam od głównego tematu.  To ma być krótka, czy długa historia? Bo ja tu mogę ci zrobić prawdziwe góralskie posiady.  – Powiedziała po góralsku.

– Czy „posiady” pochodzą od siedzenia?  – zapytałam kpiąco.

– A wiesz, że tak. W dawnych czasach, gdy nie było jeszcze telewizji czy nawet radia, spotykało się towarzystwo, by wspólnie pogadać, pośpiewać i pomuzykować. Ta tradycja utrzymuje się nadal. Zawsze, gdy przyjeżdżamy z mamą do Poronina, to sąsiedzi organizują posiady… – zadumała się. Patrzyła gdzieś w dal i mogłam się założyć, że widzi swoje ukochane Tatry.

– Nawet sobie nie wyobrażasz jaka czasami nachodzi mnie tęsknica… Tu jest pięknie, dostatnio, kocham mego męża, ale…. Po śmierci ojca sprowadziłam tu moją mamę. Jest nam dobrze, ale…to wszystko nie to. Tu kwiaty tak nie pachną, ludzie nie są tak bezpośredni…

– Halo! Wróć do opowieści o Kalle.

– Na Podhalu do dziś utrzymuje się tradycja, że jeśli dziewczyna do 23 roku życia nie wyjdzie za mąż i nie zostanie Gaździną, to obwołuje się ją starą panną, czyli jest nikim. Po maturze skończyłam w Krakowie szkołę pielęgniarek. Tak jak ojcom przyrzekłam, po szkole wróciłam na Podhale. Tu miał na mnie czekać Bartek, chłopak, który był ze mną po słowie. Ale gdy ja uczyłam się w Krakowie, on innej góralce zrobił dziecko i musiał  się ożenić, bo to sprawa honorowa. No i zostałam na dobrej drodze, by być starą panną. Musiałam w ciągu roku albo wyjść za mąż, albo uciec stąd. Ty sobie nawet nie wyobrażasz jaka to presja! Wtedy nie było jeszcze internetu i portali randkowych, ale w miastach dobrze prosperowały biura matrymonialne (dla zdesperowanych, podobnych do mnie). Moja przyjaciółka studiowała na Uniwersytecie Jagiellońskim w Krakowie i to ona namówiła mnie, żebym przyjechała do niej i zgłosiła się do biura „Swatka”. Tak też zrobiłam. Raz kozie śmierć!

Anna Winner

Lämna ett svar