W tym roku minie 50 lat odkąd mieszkam w Szwecji. Przyjechałam do Ystad w wigilię Bożego Narodzenia 1972 roku, do mego wcześniej poznanego przyjaciela, Szweda. Dramatyczna podróż ze Szwajcarii, skąd mnie wydalono, bo nie miałam już wizy, trwała trzy doby.
Prom z Sassnitz spóźnił się o 12 godzin, a w porcie cierpliwie oczekiwał na mnie mój przyszły mąż. Swym starym Saabem wiózł mnie przez Szwecję 700 km do jego rodziców w Sörmland. Leżałam pól przytomna na tylnym siedzeniu.
Gdy zatrzymywaliśmy się by zatankować, wszędzie widziałam nad sobą ludzi w czerwonych czapeczkach i słyszałam skoczne melodie “Hej, tomtegubbar…” Wydawało mi się, że śnię i przyjechałam do kraju krasnoludków. Moja długa podróż skończyła się zapaleniem gardła. Zaniemówiłam na tydzień.
Po odchowaniu dwójki dzieci, urodzonych już w Szwecji, szukałam skupiska Polaków i trafiłam do polskiego ośrodka OPON. Chciałam być czynna społecznie jako Polka. Kiedy w Polsce wprowadzono stan wojenny, reakcja nań wśród Polonii Szwedzkiej była olbrzymia. Wszyscy jednoczyli się w sprawy pomocy Krajowi. Zapanowała niezwykła solidarność. Powstał pomysł stworzenia parasolowej organizacji, która zjednoczy różne ugrupowania polonijne i organizacje niepodległościowe. Byłam na wiecach, które doprowadziły do powstania Kongresu Polaków w Szwecji. Jego pierwszym prezesem został wybrany Jan Żuchowski, który jednocześnie był prezesem polskiej sekcji partii Moderaterna. Zapisałam się do niej.
Poznałam jego, jak i innych Polaków mających dzieci, w katolickiej szkole św. Eryka w Enskede. Prowadzona była ona głównie przez niemieckie siostry zakonne “skolsystrarna de Notre Dame från München” (w latach 1965-2005). Dzięki zaangażowaniu jednej z sióstr, Polce, siostrze Witoldzie, dostaliśmy lokum dla polskiej szkoły sobotniej. Na naukę religii przyjeżdżał lubiany przez wszystkich, ks. Paweł Banot. Zostałam członkiem zarządu szkółki polskiej i prowadziłam przez jakiś czas lekcje języka polskiego z ośmioletnimi dziewczynkami. Dzięki temu ja i moje dzieci poznałyśmy wiele polskich rodzin. Sieć znajomości z wieloma pozostała na lata.
Z tych kontaktów powstało później polskie harcerstwo, grupa teatralna oraz Stowarzyszenie Polek. Byłam współzałożycielką tego Stowarzyszenia i działałam w nim przez 30 lat. Od 2012 roku, przez następne 10 lat, pracowałam społecznie w Towarzystwie Przyjaciół Biblioteki Polskiej w Sztokholmie. Tu spotkałam nowych ludzi związanych z Biblioteką Polską, jej czytelników, uczestników popularnych kiermaszy książek, wieczorów literackich i różnych akcji, w których brałam udział.
Teraz, kiedy mija 40 lat mojej pracy społecznej w środowisku Polonii Sztokholmskiej, nasuwają mi się różne refleksje i porównania. Na przykład, jakie były relacje międzyludzkie wśród Polonii kiedyś i jakie są dzisiaj. Kongres Polaków, który dawniej łączył, teraz niestety przyczynia się do pogłębiania podziałów, tak jak to niestety działo i dzieje się w Polsce od jakiegoś czasu. Brakuje tej solidarności, która panowała dawniej.
Od chwili napaści Rosji na Ukrainę ludzie w Polsce się jednoczą, ale u nas w Ośrodku Polskich Organizacji Niepodległościowych w Sztokholmie tego nie ma. Zwłaszcza, jeśli ktoś ma inne poglądy polityczne. Wręcz odwrotnie. Zasłużeni, pracujący przez wiele lat społecznie, są teraz wykluczani, a nawet poniżani. Nie docenia się zasług i kompetencji. A na tym właśnie polega demokracja. Na tolerancji i porozumieniu. O nią wspólnie walczyliśmy.
Nagle Towarzystwo Przyjaciół Biblioteki Polskiej, które opiekowało się Biblioteką, organizowało wieczory literackie, kiermasze książek, nie zostało przyjęte do Kongresu. Bez żadnego uzasadnienia. Pod koniec stycznia br Kongres przysłał pismo z podziękowaniem za dotychczasową pracę Zarządu TPBP i zawiadomił, że jej członkowie zostali “zastąpieni” Radą Biblioteki powołaną przez tenże Kongres. Osoby z wieloletnim doświadczeniem w prowadzeniu Biblioteki Polskiej mają odejść (jak przysłowiowy “Murzyn”, który zrobił swoje), bo na ich miejsce wyznaczono inne, choć nie miały z Biblioteką nic wspólnego.
Nie było żadnego spotkania zapewniającego płynność działalności Biblioteki wobec czytelników. Ich dobra nie brano i nie bierze się pod uwagę. Po prostu nie dano nowych kluczy osobom z Zarządu TPBP! Spotkały się one także z poniżającym zakazem wstępu do OPON i Biblioteki. Poza tym kluczy jest za mało dla wszystkich, aby w lokalu mogła się odbywać szersza działalność, jak dawniej. Do tej pory był to lokal publiczny, do którego każdy miał wstęp. Zwłaszcza do Biblioteki.
Teraz nie wiadomo komu tam wolno lub nie wolno wchodzić, przebywać i dlaczego. To jest, mówiąc delikatnie, absurd. Chodzi o pokazanie “kto tu rządzi”. Nie ma już wspólnoty dla dobra publicznego, jest tylko chęć władzy.
Myślę, że znowu mi się śni, że w tym kraju, gdzie mieszkam 50 lat, zły duch zagraża demokracji w naszej polonijnej społeczności.
Elżbieta Gieysztor