Z Bożko Bożkowem, wykładowcą i nauczycielem języka polskiego w Sofii rozmawia Leszek Wątróbski.
Skąd znasz język polski?
Mam za sobą 5 lat studiów językowych na Uniwersytecie Sofijskim, nazywanym dawniej Państwowy Uniwersytet Sofijski – a dziś Uniwersytet Sofijski im. Klimienta Ochridskijego. Dawniej byłem bardzo dobrym sportowcem. Kiedy uprawiałem koszykówkę i lekkoatletykę to w Bułgarii były bardzo kiepskie trampki. Kiedyś przyjechali do nas francuscy koszykarze – drużyna związków zawodowych FCŻT. Zaimponowali mi nie grą, choć źle wcale nie grali, ale swoimi trampkami.
A ponieważ pochodzę z Płowdiwu, miasta handlowego tak jak Poznań, bywałem tam często na międzynarodowych targach. Nic więc dziwnego, że znalazłem tam trampki. Było to w pawilonie czeskim. Kupić ich się jednak nie dało. Były to trampki tylko w wersji wzorcowej.
Od tego czasu najwspanialszym krajem na świecie była dla mnie Czechosłowacja. I zacząłem się interesować wszystkim co czeskie. Chciałem nawet studiować czeską filologię. Złożyłem nawet dokumenty, ale nie zostałem zakwalifikowany. Nie było wówczas egzaminów wstępnych i obowiązywał limit przyjęć. A na filologie słowiańską – z językami: polskim, czeskim im serbo-chorwackim, przyjmowano u nas co 3 lata. Rozpocząłem więc indywidualna naukę języka czeskiego. Nie dostałem się też na studia na Akademię Wychowania Fizycznego, mimo że dobrze grałem w koszykówkę.
Potem wprowadzono egzaminy na filologię słowiańską.
Obowiązywał wówczas tylko egzamin z języka bułgarskiego, który zdałem bardzo dobrze. To było w sierpniu 1959 roku. Nie wiedziałem wówczas, że moja przyszłość będzie tak blisko związana z Polską, jej mieszkańcami, kulturą i językiem.
Okazało się po przyjeździe do Sofii, że zamiast filologii czeskiej będę studiował filologię polską. Filologię czeską można było nadal studiować co 3 lata, Musiałbym więc jeszcze trochę poczekać. Podjąłem więc decyzję, że rozpocznę studia ze specjalizacją filologia polska.
Od tego czasu zacząłem się interesować Waszym Krajem, wszystkim co dotyczyło Polski. Kolega wystraszył mnie zasadami gramatycznymi i wyjątkami, których w języku polskim jest bardzo dużo. Studia szły mi dobrze. Na drugim roku byłem już najlepszym studentem. Zaproponowano mi nawet obowiązki tłumacza w czasie wizyty Tadeusza Różewicza w Bułgarii. To była moja pierwsza praca jako tłumacza.
Twoje praca tłumacza zaczęła się od współpracy ze związkami zawodowymi…
Tłumaczyłem prawie we wszystkich dziedzinach. Dzięki temu zdobyłem duży zasób słownictwa, co bardzo mi teraz bardzo pomaga jako wykładowcy języka polskiego. Praca tłumacza i wykładowcy obcego języka to dobre połączenie. Mogę śmiało powiedzieć, że wypracowałem sobie nawet specjalną metodę.
Od kilku lat prowadzisz zajęcia na piątym roku dla studentów filologii polskiej ze współczesnego języka polskiego…
Zastąpiłem na tym stanowisku koleżankę, która wyjechała uczyć języka bułgarskiego do Łodzi. Prowadzę jednocześnie zajęcia językowe na Nowym Uniwersytecie Bułgarskim z praktyki i tłumaczenia. Tam uczą się studenci praktycznej znajomości języka obcego: prozy, poezji i publicystyki i jak się do tego trzeba zabrać. Ludzie ci uczą się też tłumaczenia, także symultanicznego czy tłumaczenia w dwie strony. Zajęcia te trwają 2 semestry. W tym roku doszły mi jeszcze zajęcia na czwartym roku filologii polskiej uniwersytetu sofijskiego. Prowadzę ponadto zajęcia z języka polskiego w Instytucie Polskim. Uczę tego języka od 1971 roku czyli ponad 40 lat.
Pracowałeś też przez pewien czas w Instytucie Bułgarskim w Warszawie. Jak wspominasz te lata?
W Warszawie pracowałem na kilku stanowiskach – zaczynając na sprawach rentowych, a kończąc jako dyrektor. Były to najcięższe dla wszystkich czasy – grudzień 1980 i sierpień 1981 roku. Pierwsza moja kadencja w Warszawie rozpoczęła się w roku 1968 i trwała do 1973. Zostałem tam wysłany karnie jako sabotażysta polityki sekretarza T. Żiwkowa. Kiedy wróciłem, po kilku latach zesłania, ponownie zaproponowano mi pracę tłumacza rządu bułgarskiego. Wspomnienia z tego okresu wydałem pod tytułem: Od Gomółki do Kwaśniewskiego. Nawiązane wówczas znajomości z wieloma Polakami utrzymuję do dnia dzisiejszego.
Potem się ożeniłem. Moja małżonka była po filologii rosyjskiej. Rozmawiałem z nią po rosyjsku. Urodził się nam syn, do którego od samego początku mówiłem po polsku. Syn skończył szkołę w Warszawie, kiedy drugi raz pracowałem w Instytucie Bułgarskim w Polsce. Dzięki temu syn zna dziś dobrze 3 języki. Nadal też z synem rozmawiam tylko po polsku. Kiedy jesteśmy w środowisku bułgarskim, to ostrzegam kolegów, że z synem będziemy rozmawiali po polsku. Ludzie się do tego chyba już przyzwyczaili. Żonę też nauczyłem rozmawiać po polsku tak, że została nawet tłumaczką. W swojej karierze zawodowej przetłumaczyła wiele prac współczesnych pisarzy polskich. Udało mi się wychować całą swoją rodzinę na tłumaczy języka polskiego.
Twój syn jest także wykładowcą języka polskiego.
On musi mnie przecież kiedyś zastąpić. Podglądał mnie wcześniej, jak prowadzić zajęcia. I po pierwszym semestrze zdecydował się, że będzie po mnie nauczał innych języka polskiego. Teraz robi to często lepiej ode mnie. Ja i Julian jesteśmy obecnie jedynymi nauczycielami języka polskiego w Instytucie Polskim w Sofii. Uzupełniamy się teraz wzajemnie. On prowadzi pierwszy, a ja drugi rok. On współpracuje z firma polską z Kielc i rozprowadza ich wydawnictwa, które najpierw tłumaczy z polskiego na bułgarski. Tłumaczy też książki pisarzy polskich i krytykę literacką.
Jesteś autorem książki… Jak doszło do jej napisania?
Namówiła mnie Anna Pachla-Trenda, która była przed laty dyrektorem Instytutu Polskiego w Sofii (2006 – 2011). Tradycyjnie też od bardzo wielu lat, spotykamy się w Instytucie Polskim na każdy nowy rok. Ja przynoszę szampan i bułgarską banicę i zaczynam opowiadać o swojej pracy tłumacza. I ona podpowiedziała mi, aby w oparciu o te wspomnienia napisać książkę. Pomysł ten powtarzała mi przez 4 lata. I aby mieć święty spokój podjąłem się tego zadania.
Jest to historia stosunków polsko-bułgarskich i tych państwowych i tych prywatnych. A sam tytuł powstał za czasów, kiedy tłumaczyłem naszego i waszego prezydenta Petera Stojanowa i Aleksandra Kwaśniewskiego. Pamiętam jak siedziałem pomiędzy Aleksandrem i Jolantą Kwaśniewskimi i w momencie kiedy mnie zastąpiła koleżanka Hanna Karpińska zacząłem rozmawiać z żoną prezydenta Kwaśniewskiego i panią śp. Jolantą Szymanek-Deresz. One mnie zapytały: a skąd tak pan dobrze mówi po polsku? Musiałem im szybko opowiedzieć swoją historię, która zakończyłem, że to wszystko przez czeskie trampki. Panie zapytały mnie, dlaczego nie napisze o tym książki? Mówiłem, że do jej napisania namawia mnie już od dłuższego czasu pani dyrektor Anna Pachla-Trenda. Byłem jedynym tłumaczem rządowym, który tłumaczył od Władysława Gomółki nieprzerwanie do Aleksandra Kwaśniewskiego i od Todora Żiwkowa do Georgia Parawanowa. I one powiedziały, że mam już tytuł książki i teraz wystarczy ją tylko napisać.
Książkę pisałem na działce. Syn kupił mi laptopa i nauczył korzystać. Trwało to ponad pół roku. Pracowałem codziennie od czwartej po południu do czwartej w nocy. Książka ukazała się na łamach naszego sofijskiego wydawnictwa i została sfinansowana przez Instytut Polski w nakładzie 500 egzemplarzy. Moje wspomnienia nie przeszły bez echa. Miałem kilka recenzji, wywiadów i promocji. Ostatnia odbyła się w Lublinie na UMCS. Tłumaczyłem też książkę Danuty Wałęsowej.
Mój ojciec mówił mi zawsze, że polityką trzeba się zawsze interesować, trzeba też się na niej znać, ale niech ona nigdy nie będzie moim chlebem, z którego mam żyć. Tak też się i stało. Byłem widocznie dobrym tłumaczem, bo ciągle pracowałem w tej branży, choć moi pracodawcy się zmieniali.
Jakie różnice dostrzegasz w mentalności polskiej i bułgarskiej?
Mimo, że jesteśmy Słowianami to ta różnica jest. Są też liczne wspólne cechy. To co nas łączy to jest gościnność, szczerość i otwartość słowiańska oraz język i zwyczaje. A to co nas różni to: kuchnia i nacjonalizm – ale w dobrym tego słowa znaczeniu (kocham swój kraj i jestem gotów oddać za niego życie, ale nie jestem żadnym szowinistą). W okresie słusznie minionym partia mówiła o internacjonalizmie, co było przeciwieństwem nacjonalizmu. Bułgarzy nie są nacjonalistami i nie kochają swego kraju tak jak Polacy.
Różnimy się też sposobem używania alkoholu. Polacy mają zły sposób picia, tak jak Rosjanie. Piją jednym haustem, na czczo, bez zakąski. A Bułgar dużo przy tym je. I pije się powoli, małymi łykami. A dlaczego? Bo u nas alkohol robi się z owoców. I każdy owoc ma swój smak. Każdy Bułgar robi swoją rakiję i chce się pochwalić przed sąsiadem. Częstuje go więc, tyle że w małych ilościach. Nikt z nas nie pije, żeby się upić. I polska wódka, w przeciwieństwie do naszej, nie ma żadnego smaku. Poza tym u nas rakiję pije się zawsze z wodą. Nie wiem jednak, czy konsumpcja alkoholu na jednego obywatela, jest mniejsza niż w Polsce.
Są też i inne różnice pomiędzy nami…
Polski nie było na mapie Europy 123 lat. Zajęli ją Rosjanie, Austriacy i Prusacy. Wszystkie te państwa miały swoją arystokrację. A Bułgaria była pod niewolą turecką, prawie pięć wieków. Tu w Bułgarii nie ma żadnego pałacu. W Polsce, która była tyle lat pod zaborami ma wiele pałaców, bo zupełnie inna była kultura zaborców. Nasi zaborcy byli zdecydowanie prymitywniejsi. Byli natomiast świetnie zorganizowani militarnie i mieli świetnych dyplomatów. Turcy tylko niszczyli i nic nie zbudowali. Nie pozostawili po sobie choć jednej biblioteki. Wznosili tylko meczety, tak jak to robi się obecnie w sąsiedniej Macedonii. A Bułgarzy posiadali język literacki już w IX wieku.

Historia szkolnictwa w Bułgarii tak naprawdę zaczyna się wraz z przyjęciem chrześcijaństwa w 864 roku. Początki te związane są przede wszystkim z działalnością Cyryla i Metodego. W tym okresie powstały na terenie ówczesnej Bułgarii tzw. szkoły piśmiennicze w Presławiu i Ochrydzie. Ośrodki te, kształcące kilkutysięczną rzeszę uczniów, odegrały fundamentalną rolę kulturotwórczą wśród wszystkich południowych narodów słowiańskich. Trwałym efektem pracy ówczesnych „uczonych” są dwa alfabety słowiańskie: głagolica oraz do dziś używana w świecie słowiańskim cyrylica. W Bułgarii upamiętnieniem tych dziejów jest święto narodowe poświęcone „słowiańskiemu” alfabetowi, obchodzone bardzo uroczyście 24 maja.
Po okresie rządów Bizancjum (1018-1185) i prawie 500-letniej niewoli tureckiej (1396-1878) Bułgaria wchodziła w nowożytny okres swojego istnienia praktycznie bez żadnego ośrodka naukowego odpowiadającego wymogom współczesności. Podwaliny pod istnienie takowych trzeba było tworzyć właściwie od zera. Znaczącymi datami są tu rok 1869 – założenie na emigracji w Braile (Rumunia) Bułgarskiego Towarzystwa Literackiego (przekształconego w 1911 w Bułgarską Akademię Nauk) oraz 1888 – założenie Wyższej Szkoły Pedagogicznej przekształconej w 1904 roku w Sofijski Uniwersytet im. św. Klemensa z Ochrydy.
Mój pradziadek był popem w Serbii, a babcia nauczycielką języka bułgarskiego. Wyrzucono ich stamtąd, bo nie chcieli przyjąć ich narodowości.
Rozmawiał: Leszek Wątróbski