Maria Kozarowa ze Starej Zagory (Bułgaria)

Do Bułgarii trafiłam w nietypowy sposób – opowiadała mi pani Maria, kiedy odwiedziłem ją i jej męża w ich nowym domu razem z Markiem Soroczyńskim, wieloletnim przewodniczącym Polskiego Stowarzyszenia Społeczno-Kulturalnego im. Władysława Warneńczyka w Bułgarii. Napisałam do Płomyka bułgarskiego. Pisałam też do wszystkich innych pism młodzieżowych państw byłej demokracji ludowej. I otrzymałam tylko jedną odpowiedź – właśnie z Bułgarii, jak się okazało później, od mojego przyszłego męża. A miałam wtedy zaledwie 13 lat. I tak zaczęliśmy ze sobą korespondować. Pisaliśmy do siebie po rosyjsku. W ten sposób poznałam historię Bułgarii, a on historię Polski.

Rodziców męża spotkałam pierwszy raz po skończeniu liceum ogólnokształcące w Jaworze. Przyjechali do Polski bez syna, który nie uzyskał zgody na zagraniczny wyjazd. W tamtych czasach było zupełnie inaczej. On dostał powołanie do wojska, a takich nie wypuszczano za granicę, nawet do krajów demokracji ludowej.

Moja mama znała dobrze język rosyjski, ukraiński, serbski, niemiecki i hebrajski. Miała zdolności językowe. Grała też na różnych instrumentach. Pochodziła z Ukrainy. Po wojnie była na przymusowych robotach w Austrii, z której wróciła na Dolny Śląsk i tam zamieszkała. Tam też poznała mego ojca, który pochodził z poznańskiego.

Mamusia miała wielki sentyment do Bułgarów. Otóż kiedy była na robotach przymusowych w Grazu, poznała tam, już pod koniec wojny, bułgarskiego oficera, który się w niej zakochał. I bardzo chciał, aby pojechała z nim do Bułgarii i tam zamieszkała. Mamusia się nie zgodziła i wróciła do Polski. Nigdy więcej go już go nie spotkała, chociaż przez pewien jeszcze czas ze sobą korespondowali.

Potem ja przyjechałam do Bułgarii. Spodobaliśmy się sobie. To była miłość od pierwszego wejrzenia. Pobraliśmy się później, po przepracowaniu 2 lat w Polsce – jako nauczycielka w rodzinnej wiosce, w której dyrektorem szkoły był mój tatuś.                                                                       

Z upływem wielu już lat, jesteśmy sobie z mężem coraz bardziej bliscy. Kiedy siedzimy ze sobą, to nadal dużo rozmawiamy. Ludzie się dziwią, że po tylu już latach, nadal mamy o czym rozmawiać. A tematy zawsze znajdują się same.

Związek małżeński zawarliśmy w roku 1971 w Bułgarii. To było w czasie ciepłej jeszcze jesieni, 5 września. Potem pojechałam do Polski wyrobić sobie nowy paszport. W 1972 urodziła się starsza córka, a w 1976 młodsza.

Bardzo szybko podjęłam pracę w nowej ojczyźnie. Mój teść – technik budowlany, znał dobrze język bułgarski i był moim nauczycielem. Poprawiał mnie i uczył nowego języka.

Kiedy moja młodsza córka miała roczek podjęłam prace w szkole. Złożyłam dokumenty i po miesiącu zostałam przyjęta. Pracowałam jako nauczyciel wychowania fizycznego. Miałam ukończone w Polsce Studium Nauczycielskie ze specjalizacją biologia i wychowanie fizyczne. Byłam jedną z sześciu starających się o tę pracę. O przyjęciu zadecydowały oceny na dyplomie. Miałam najwyższe ze wszystkich kandydatów.

Miałam też koleżankę, która pomagała mi na co dzień w nauce bułgarskiego. Pomocy językowej udzielały mi wreszcie dzieci, moi uczniowie ze szkoły. Kiedy zrobiłam jakiś błąd, to mówiły, że mówić tak nie powinnam, bo to jest źle. W ten sposób, stosunkowo szybko, nauczyłam się bułgarskiego.

Z pracy byłam bardzo zadowolona. Podjęłam ją w największej szkole podstawowej nr 5 w Starej Zagorze. Przepracowałam tam 33 lata, ucząc cały czas, wychowania fizycznego. Biologii uczyć przez wiele lat nie mogłam, a potem nie już nie chciałam.    Prowadziłam zespół, który odniósł wiele sukcesów – także na zawodach międzynarodowych. Dostawałam też liczne podziękowania i dyplomy za pracę i działalność społeczną. Najcenniejszy jest chyba dyplom i nagroda Złotego Pompona otrzymana w roku 2004 w Albenie za zwycięstwo w II międzynarodowym festiwalu tańców.

Moje kontakty z tutejszymi Polakami zaczęły się od spotkań z rodakami w Starej Zagorze. Było nas tu kilku. Zaczęliśmy od założenia polskiego klubu w listopadzie 1991 roku. Wybrano mnie nawet przewodniczącą zarządu. Funkcję tę pełniłam przez 10 kolejnych lat. Potem zrezygnowałam ze stanowiska… Przykro mi dziś jeszcze o tym mówić.   

Wyjechałam potem do Irlandii, do pracy na 1,5 roku. Obecnie nie należę do tutejszego klubu polskiego, lecz do klubu w Płowdiwie. Lokalnie działam w Klubie Etnicznym zrzeszającym ludzi wielu narodowości – m.in. Romów, Ormian, Żydów, Węgrów, Greków, Niemców. Każdego też roku organizujemy, w tutejszej operze, koncert dla mieszkańców Starej Zagory. Dużą pomoc w organizowaniu tej imprezy otrzymujemy od rady miasta, która udostępnię nam bezpłatnie salę.

Na naszych koncertach każda grupa należąca do Klubu Etnicznego prezentuje swój folklor. Niedawno grupa bułgarska „Mażureta” zaprezentowała dwa polskie tańce; poloneza i krakowiaka, do których sama uszyłam stroje. Tak też robiłam, kiedy jeszcze pracowałam zawodowo.

W szkole było też studio teatralne, dla którego razem z koleżanką szyłyśmy im ubiory. W okresie kiedy byłam przewodniczącą organizowaliśmy dużo różnych imprez. Największą z nich były Zloty Młodej Polonii, na których wybieraliśmy Miss Polonii. Mieliśmy też szkółkę polonijną, którą przez lata prowadziłam. Nasze dzieci przychodziły tam z wielką chęcią. Mieliśmy w niej wtedy dwanaścioro dzieci. 19 stycznie 1997 roku odbyła się pierwsza lekcja – a 23 marca 1997 roku nastąpiło uroczyste otwarcie.

Nasza szkoła mieściła się tam, gdzie dziś znajduje się kaplica katolicka. Wcześniej zrobiliśmy tam społecznie remont. Było też zaplecze kuchnia, gdzie można było przygotować herbatę, kawę i zrobić kanapki dla dzieci oraz łazienka. Szkoła istniała osiem lat. Na wizytację do naszej szkółki przyjeżdżał wielokrotnie polski konsul z Sofii.

Organizowaliśmy w niej różne imprezy – takie jak: rocznica urodzin Adama Mickiewicza czy Juliusza Słowackiego. Zachowały się zdjęcia z tych imprez. Są obecnie w posiadaniu nowej przewodniczącej. Robiliśmy wreszcie wystawy i dni kultury polskiej, na które przyjeżdżał ambasador. Nasze imprezy odbywały się w kuluarach teatru starozagorskiego. Pierwszy zlot młodzieży polonijnej zorganizowaliśmy w 2001 roku pod hasłem: polska krew w nas płynie.

 II zlot młodzieży polonijnej odbył się w październiku 2002 roku pod hasłem: czym dla mnie jest Polska. Organizowaliśmy też wspólnie dzień nauczyciela i wigilię. Wszystko odbywało się w Klubie Polskim i było przygotowywane społecznie przez samych ludzi. Na wigilię każdy przynosił coś swojego z domu. Jeśli była potrzeba, aby coś podgrzać, to szło się do klubowej kuchni. Podobne imprezy przygotowywaliśmy także z okazji nowego roku i Wielkanocy.

Na pytanie, czy Pani nie żałuje swojej decyzji, moja rozmówczyni odpowiedziała:

Za krajem bardzo tęsknię, choć nie żałuję, że tu przyjechałam. Serce bije dla Polski, dusza natomiast jest dla Bułgarii. Mogę też śmiało powiedzieć, że Bułgarzy są bardziej otwarci od Polaków.

Czasami mówię, że Pan Bóg wysłał mnie tak daleko z Polski, bo najwięcej przykrości jakie doznałam tu pochodziły od naszych rodaków. Dlatego odeszłam od tutejszej Polonii i działam obecnie w Klubie Etnicznym, w atmosferze wzajemnej tolerancji, której dawniej często brakowało.   

Śledzę natomiast wszystko, co dzieje się w ojczyźnie. Staram się także zachować język polski. Są natomiast Polacy i Polki, które zapomniały języka ojczystego i które także pomiędzy sobą rozmawiają po bułgarsku, choć mieszkają tu tyle samo lat co ja albo i mniej. Mnie także niestety czasem brakuje polskich słów.

Przez długie lat współpracowaliśmy także ze społecznością bułgarską. W naszych koncertach brała udział młodzież bułgarska z tutejszej szkoły muzycznej. Grali dla nas m.in. muzykę Fryderyka Chopina.

Od prawie 10 lat jesteśmy z mężem na emeryturze. Mąż jest masażystą, miał do tego smykałkę od zawsze. On zakochany jest w polskiej wigilii, której dawniej – tak jak to robimy dziś, nie obchodzono. W Bułgarii chciano wychować społeczeństwo w duchu ateistycznym, co im się częściowo udało. Mąż miał zawsze dyżur w pracy 24 grudnia, bo jego żona była Polką. Kiedy pracowałam w szkole, to w okresie Wielkanocy, kazali mi patrzeć na ręce dzieciom. Jeśli były poplamione, to znaczyć, że malowały w domu jajka wielkanocne. Kazali też chodzić nocą do cerkwi i pilnować, czy nasi szkolni uczniowie uczestniczą w nabożeństwie świątecznym. To się na szczęście zmieniło.

Maria Kozyrewa z mężem i Markiem Seroczyńskim (z prawej)

Nasze spotkanie z małżeństwem Kozyrewów było bardzo ciepłe i serdeczne. Atmosfera przyjaźnie polsko-bułgarskiej opanowała nas do końca. Widocznie małżeństwa polsko-bułgarskie są bardzo udane, choć są i wyjątki, które chyba jednak potwierdzają regułę.

Rozmawiał: Leszek Wątróbski

Foto: Leszek Wątróbski

 

Lämna ett svar