Król był zajęty…

Rozmowa z mieszkającym w Sztokholmie muzykiem jazzowym Stanisławem Cieślakiem.

Od kiedy mieszka Pan w Szwecji?

To trochę złożona historia. Pierwszy raz wyjechałem do Szwecji w 1969 roku z grupą Władysława Jagiełły, w skład której wchodziła czołówka polskich jazzmanów – Zbyszek Namysłowski, Piotrek Pułaski z grupy Polanie, Wiesław Bernolak… Założeniem było, że będziemy w Szwecji koncertować z repertuarem amerykańskim. To cieszyło się wtedy tutaj dużym powodzeniem. Ale wkrótce okazało się, że Namysłowski miał jakieś plany z Niemenem i po miesiącu opuścił naszą grupę. Z kolei Piotrek Puławski pojechał do Niemiec. Ja zostałem, przez rok, grałem z Interpals z Leszkiem Dudziakiem, pierwszym perkusistą Krzysztofa Komedy.

Pod koniec 1969 roku skończył mi się paszport, Pagart nie chciał mi go przedłużyć, więc wróciłem do Polski. Ale nie żałuję, że tak się stało, bo to był bardzo ciekawy i intensywny okres w moim życiu muzycznym. Zacząłem współpracę ze Zbyszkiem Namysłowskim, studiem jazzowym Ptaszyna Wróblewskiego, współpracowałem z Ewą Bem, Januszem Muniakiem, Andrzejem Trzaskowskim – grałem w jego orkiestrze radiowej, co było wielkim wyróżnieniem.

Był Pan jednym z bardzo wielu muzyków, którzy wówczas wyjeżdżali do Szwecji. Dlaczego akurat tutaj?

Chodziło o pewną specyfikę Szwecji. Niemal w każdym szwedzkim mieście był tak zwany Stadshotell, czyli Miejski Hotel. Były to reklatywnie ekskluzywne miejsca połączone z restauracjami, a w nich niemal każdego wieczoru odbywały się dancingi. Zapraszano tam międzynarodowe grupy muzyków. Tak było nawet w małych miasteczkach. I ta muzyka była z najwyższej półki. Przyjeżdżali muzycy z całego świata. Było na to olbrzymie zapotrzebowanie.

Właśnie niedawno przeczytałem, że te hotele były jednymi z najważniejszych budynków w wielu miastach…

Myśmy grali w całej Szwecji. Między innymi w Storlien dla pary królewskiej. A dzięki temu, że graliśmy wszędzie, byliśmy już rozpoznawalni. Ja, jako muzyk jazzowy, dostałem propozycję grania w klubie Bolaget – już dzisiaj nie istniejącym. Grałem później ze znanymi szwedzkimi muzykami jak Cornelis Vreeswijk – to postać legenda, czołowy trubadur szwedzki; Svente Thuresson, sławą wiolinistyki skandynawskiej tego okresu – Emilem Iwringiem, czy Henrikiem Wallin, jednym z czołowych pianistów jazzowych.

Od lewej: Zbigniew Namysłowski, Tomasz Szukalski i Stanisław Cieślak podczas nagrania “Winobrania” w studio Akademii Muzycznej w Warszawie

A jak się zaczęła pana przygoda z muzyką? Dlaczego jazz?

Urodziłem się w Zduńskiej Woli, słynnej z tego, że tam urodził się święty Maksymilian Kolbe. Liceum muzyczne kończyłem w Łodzi, a później Wyższą Szkołę Muzyczną w Warszawie. W Liceum poznałem Michała Urbaniaka, który już w tym czasie wyjechał na Festiwal Jazzowy do Stanów. Po powrocie zaprosił mnie do słuchania najgłośniejszych wówczas nagrań światowego jazzu. Byłem u niego w domu na wagarach, gdzie poznałem Zbyszka Namysłowskiwego. W bursie, w której mieszkałem, Michał robił próby. Jak to słyszałem, to byłem tym po prostu zachwycony. Mój ojciec też bardzo lubił muzykę – chociaż nikt w rodzinie nie był wcześniej muzykiem – słuchał ją w radiu i to może był ten pierwszy bodziec dla mojego zainteresowania muzyką.

Ale pierwsze jazzowe kroki zrobił Pan właśnie w Łodzi.

Tak. Występowałem jako pianista i puzonista. Ktoś kiedyś napisał o mnie „Pierwszy Puzonista w Polsce.” Wtedy, jak już wróciłem na początku 1970 roku do Polski, bardzo intensywnie współpracowałem z najbardziej znanymi wtedy muzykami jazzowymi. Moja współpraca z Namysłowskim uwieczniona jest nagraniem “Winobranie” – był to rok 1972, a album “Winobranie” od początku został uznany za jedną z czołowych płyt polskiego jazzu. Płyta doczekała się wznowienia w 2017 roku.

Od lewej: Stanisław Cieślak i Maciej Strzelczyk. Festiwal jazzowy w Szczecinie

Brał Pan też udział w Festiwalach Jazzowych…

Głównie w Jazz Jamboree, występowałem na nich także już mieszkając na stałe w Szwecji. W 1966 roku podczas jednego z Konkursów Jazzowych – Jazz Nad Odrą – uznany zostałem za najlepszego muzyka jazzowego.

Drugi raz znalazł się Pan w Szwecji w połowie lat siedemdziesiątych.

Dostałem propozycję występów we wspomnianym Bolaget. Była to sytuacja bardzo komfortowa dla mnie. Grałem własną muzykę, bez potrzeby ciągłego podróżowania. No i była to okazja by poznać całą czołówkę świata muzycznego.

Jaka była wówczas popularność jazzu w Szwecji?

Podobnie jak w Polsce. Z tą różnicą, że w Polsce zamykało się to głównie do klubów studenckich. W każdym mieście, gdzie były uczelnie, takie istniały. W Szwecji dzisiaj klubów jazzowych jest niewiele, w zasadzie liczą się tylko dwa: prestiżowy Fasching i Stampen w Sztokholmie. Ale status jazzu w Szwecji był zawsze bardzo wysoki. Wspomnieć można, że nawet obecny król Karol Gustaw jest wielkim fanem jazzu. I gra na puzonie.

Czyli Pana kolega po fachu.

Jak występowałem kiedyś z zespołem Henrika Wallina, byłem wśród 10 muzyków jedynym nieszwedem. Jakiś dziennikarz, robiący wywiad z Wallinem, spytał dość nieładnie, dlaczego jeden z członków zespołu, puzonista, nie jest Szwedem? Henrik się wkurzył i odpowiedział: Bo król był zajęty.

Występuje Pan nadal?

Tak. Gram przede wszystkim na puzonie. Przygotowuję się do nagrania własnej płyty, która będzie się nazywać “Stanisław Cieślak and Friends”. Chcę to nagrać z kolegami ze Szwecji m.in . Harry Wallinem, synem Per Henrika; także kolegami z Niemiec i Polski. A z okazji 95-lecia Polskiego Radia wychodzi album fonograficzny Studio Jazzowe PR i TV z moim udziałem.

Rozmawiał:  Tadeusz Nowakowski

Stanisław Cieślak. Urodził się w 1943 roku w Zduńskiej Woli. Pianista, puzonista. Współpracował m.in. z zespołem Novi Singers, Stodoła Big-Band, Marianną Wróblewską, Zdzisławem Namysłowskim, Janem ”Ptaszynem” Wróblewskim, Wojciechem Karolakiem, Bernt Rosengren Big Band, Per Henrik Wallin Tentet. W Szwecji, w Sztokholmie, mieszka od 1976 roku.
Foto: © Archiwum prywatne Stanisława Cieślaka

Lämna ett svar