Podobno nic już nie będzie tak, jak wprzódy, przed epidemią koronawirusa. Być może, ale czy na pewno? Tego nie wiemy. Jakby nie było i jakby się sprawy dalej nie potoczyły, mnie, członka klubu 80+, niełatwo przestraszyć. Co mnie może spotkać czego jeszcze nie było, czego nie doświadczyłem i przeżyłem? Trudno powiedzieć, ale „na pewno” nie przeżyłem chwili ostatecznej i na tym się na razie zatrzymajmy.
Siedzenie w domu rozleniwia i bywa, że nastraja filozoficznie. Cóż to za „rzeczywistość”, kiedy jedynym ożywczym urozmaiceniem jest przechodzenie z pokoju do pokoju, ślepienie w ekran komputera, czy nos w książkach?
Rzeczywistość? Wydaje się czymś oczywistym, ale istniejącym jakby oddzielnie i w różnych kategoriach. Detalizujemy rzeczywistość i tym samym budzimy hydrę w postaci obsesyjnych nierzadko wysiłków, jakie podejmujemy. Działamy i dzielimy, a dzielimy wszystko, cały Wszechświat i najchętniej w kategoriach „dobra” i „zła”. „To” akceptujemy, bo dobre, „tamto” odrzucamy, bo niedobre. Istnieje „coś w nas” i „coś w nich”, jest „tak a tak”, a przecież „powinno być tak a tak”. Stworzyliśmy i funkcjonujemy w podzielnym świecie, permanentnie skłóconych i zwalczających się „rzeczywistości”.
Czy być tak może, że problem tkwi w „świadomości”? Większość ludzi – szczególnie „ci dobrzy”, którzy odnajdują w sobie powołanie na „misjonarzy” – pragnie narzucić swoją świadomość innym albowiem uważają, że mają ją (świadomość) w wyjątkowo dobrym i lepszym od innych gatunku.
Niełatwe to wszystko. Weźmy przykład prostego egzystencjalnego pytania: Kim „ja” jestem? Wydaje się nic bardziej oczywistego, ostatecznie, kto jak kto, ale „ja” wie kim jest! Zgoda, „ja” jest świadome „siebie”, tylko.., kim jest to „ja”?
No dobrze, ale czy to trochę nie nazbyt rygorystyczne? Takie procesy myślowe prowadzą prostą drogą do tego, że otaczający świat – świat który doświadczamy – jest taki, jak go skonstruujemy w naszych umysłach? To oznaczało by, że cała potężna wiedza o świecie, nie wykracza poza granice ludzkiego mózgu, czyli jest bezwstydnie relatywna: nie mamy pańskiego płaszcza?
O wiele lżej się żyje – sprawdziłem na sobie – akceptując, że odpowiedzi ostateczne (niektórzy zarozumialcy twierdzą, że je znają) nie istnieją. To mówi, że tylko pytania się liczą. Nic nie jest mniej trwałe, niż odpowiedzi na pytania!
Tu stop. Pomysł odebrania powagi „odpowiedziom” wredny jest w samym założeniu, bo pozbawia człowieka resztek pewności siebie i świata! A co za tym idzie, odbiera poczucie bezpieczeństwa (jakbyśmy je kiedykolwiek mieli!) i tak odzieramy sami siebie ze złudzeń, z ostatniej forpoczty psychicznego komfortu. Wydaje mi się – w każdym razie w tej chwili tak mi się wydaje – że jedynym możliwym rozwiązaniem by ludzka rasa przetrwała, jest spokojne zaakceptowanie stanu nieustannej niepewności… i wiosłowanie dalej!
Z chwilą – tu wkraczamy w sferę najważniejszą z wszystkich ważnych, w świat marzeń – gdy zaprzestaniemy różnicowania i pojmiemy, że z otaczającą nas rzeczywistością tworzymy jedną niepodzielną całość, otworzą się nam oczy i ujrzymy świat taki, jakim jest w rzeczywistości, Bytem Nieograniczonych Niczym Możliwości, i wtedy staniemy się prawdziwymi obywatelami kosmosu, bogami.
Andrzej Szmilichowski