Należę do pokolenia, któremu bohaterski los sknociła data urodzenia. Nie udźwignąłbym hełmu i tak los odciął mnie od szansy zostania warszawskim powstańcem. Czerwone maki pod Monte Cassino też nie kwitły dla mnie, a dla mojego Taty. Monte Cassino, krwawe pole fanfaronady i kompleksu niższości Sikorskiego i Andersa (z trudem rozumiem potrzebę ekshumacji zwłok Sikorskiego, ale pomysł szycia generalskim kościom munduru, to już czysta makabra) wobec Aliantów.
My najdzielniejsi z dzielnych! Przed nami sześć narodów próbowało zdobyć klasztor! I co? I nic! A polski żołnierz proszę, szast-prast i na szczycie! Jaki piękny cmentarz mamy pod Monte Cassino (pod Lenino nie mamy, a też zginęli na obcej ziemi)!
Podobnych miejsc w historii Polski wiele: Narvik, Tahiti, Samosierra, miejsca bitew Napoleona.. Ginęliśmy za bezdurno często, ale Powstanie Warszawskie przebija pulę. Politykom której nacji udało się popełnić błąd, w którego konsekwencji zginęło 250.000 istnień ludzkich? Ćwierć miliona mieszkańców stolicy Polski w miesiąc na cmentarz!
Czy my już na zawsze skazani jesteśmy na ckliwe piosenki o ułanie, wojnie i rozmarynie? Na Boga, to ludzie ginęli, młodzi chłopcy zachłyśnięci własną krwią, piękne dziewczęta ścięte jak kosą, dwudziestoletnie życia poświęcone za nic. Za nic! Decydenci z londyńskiego hotelu „Rubens”, uwierzyli w przez siebie samych wymyśloną utopię, że polityką faktów dokonanych zmuszą aliantów do ofenzywy, która zatrzyma się na Wiśle i tak uratują pół Polski. I zatrzymali ofensywę, ale sowiecką.
Już nie mogę słuchać pseudo-patriotycznych wzdęć, żenującego pustosłowia, pełnego dumy błysku w baranim oku. My natychmiast do Iraku! Pierwsi udzielamy wsparcia naszym najlepszym przyjaciołom Amerykanom. Ach jaki ten Grom dzielny w Afganistanie! A potem trumny wynoszone z samolotu. Na armii nie wolno oszczędzać!, woła prezydent. Pokażemy Ruskim gdzie raki zimują! Montujcie amerykańscy przyjaciele te swoje rakiety ku chwale Bożej i na pożytek nasz zbawienny, montujcie!
Defilady, orkiestry, błysk szabelek, ach jak oni pięknie maszerują! Duma z synków w oczach matek, a niedługo potem na komodzie zdjęcie i łzy bezsilnego żalu. Co tam śmierć, my ghurkowie środkowej Europy, my najdzielniejsi z dzielnych!
Kiedy w końcu przestaniemy organizować happeningi na grunwaldzkich polach? Kiedy wreszcie skończymy nużać głowy w historii porażek i klęsk? Nie pokonaliśmy Zakonu, wygraliśmy bitwę, nie wojnę. Poza tym biskupi z otoczenia Jagiełły nie zrozumieli przesłania, nie pojęli co oznaczał podarek w postaci dwóch nagich mieczy. Był to zapis idący wprost od Biblii i Jezusa. Jezus wysyłając apostołów w świat aby krzewili wiarę, spytał czy są uzbrojeni. Odparli iż mają dwa miecze. Grunwaldzkie miecze były symbolem walki chrześcijańskiego europejskiego rycerstwa z poganami pod wodzą Jagiełły (nota bene pod chorągwiami zakonnymi walczyło więcej Polaków niż kogokolwiek innego).
Biografie niosą w sobie niewielki procent prawdy, a Henryk Sienkiewicz na nasze nieszczęście był wielce utalentowanym narratorem. Kronikarze tworzyli i tworzą pozorne rzeczywistości, odsuwając w cień niewygodne monarsze motywy. Gdybyśmy żyli wystarczająco długo, moglibyśmy się naocznie przekonać co kronikarze zrobili ze smoleńską katastrofą. „Obiektywne raporty z życia”, są najczęściej niczym innym jak imitacją, sacharyną.
Dopiero czas i porównywanie źródeł pozwala zbliżyć się do prawdy. Ale niektóre fakty, niektóre myśli i uczucia, przetrwają niezależnie od tego czy są prawdziwe czy nie. Albo ustąpią nowym. Stałość to najnudniejsza z cnót, to umysłowy zastój.
Już lepiej dbajmy o mity, te się przynajmniej nie zmieniają. Doktor Faust stworzył mit uruchamiający wyobraźnię i budzący nadzieję. Był rzekomo lekarzem w XV-wiecznym Krakowie i zajmował się astrologią oraz magią. Gdy umarł porwał go Kusy, któremu wcześniej zapisał duszę. Mit o Fauście to opowieścią o ryzyku tkwiącym w silnych pragnieniach.
Wszystkie mityczne historie: Śpiąca Królewna, Kopciuszek, Czerwony Kapturek, mają jednego bohatera – nas. Odzwierciedlają odwieczną tęsknotę do miłości, tworzą z marzeń osobiste story. Wspaniałe greckie mity wytyczają drogę, stają się celem i tęsknotą pysznej i zadufanej w sobie, pędzącej ostatnim tchem nie wiadomo dokąd, cywilizacji.
Mity to higiena duszy, nosiciele najgłębszych marzeń i najprawdziwszych prawd. Odzwierciedlają świadomość i nieświadomość, są promykiem solidarności tak potrzebnej w czasach mroku i samotności. Mity mają zadziwiającą umiejętność oczyszczania duszy. Czy nie jest wspaniałym zawołanie: Trollu, bądź sobą! Henryk Ibsen mylił się uważając, że jego Peer Gynt jest tak nasiąknięty skandynawską filozofią, że nie będzie dla innych zrozumiały. Bernard Shaw uważał, że Peer Gynt mógłby być równie dobrze Francuzem lub Anglikiem. Sam Ibsen tak tłumaczył sens swojego dramatu: Żyć, znaczy walczyć z trollem buszującym w twoim sercu, w twoich zmysłach.
Russell Schweickart, amerykański astronauta ze statku kosmicznego Apollo 7, wystrzelonego w kosmos w 1968 roku, tak pisał przyglądając się naszej planecie: Tam jesteście – tysiące ludzi na Środkowym Wchodzie, którzy zabijacie się nawzajem za jakąś granicę, wyimaginowaną linię której nawet nie sposób zobaczyć. A stąd, tu gdzie jestem, wszystko jest całością i jednością. I jest takie piękne! Nad księżycowym modułem widzę słońce. Wschodzi właśnie nad Oceanem Spokojnym. Piękny widok. Oto narodziny mitu!
W młodo niepodległej Polsce stale się coś prowokującego dzieje. Jesteśmy od lat specjalistami od histerycznych reakcji gdy ktoś narusza tabu: Bóg Honor Ojczyzna. Kabotyńskie warcholstwo Daniela Olbrychskiego gdy w Zachęcie rozsiekał szablą parę starych zdjęć filmowych, wywołało wyrozumiały uśmiech: Daniela poniosła fantazja! Trochę wstyd.
Ludzie zagłuszają siebie samych. Budując czas przeszły tak, aby się im podobał. Zabijamy czas zapominając, że to on zabija nas. Okrutnie zabija. Żyć w trwodze czy żyć nadziei? Historia wskazuje, iż trwoga bardziej popularna. Gdy mówimy nigdy, znaczy że do śmierci, gdy mówimy zawsze, znaczy to samo choć powinno wiecznie. Dramat końca bliższy niż wieczności, ale gdyby usunąć czas, nie byłoby traktów dzieciństwa, a scena bez dekoracji straszy pustką, cóż za sens wchodzić na nią.
Pola Grunwaldu zapełniają się corocznie smutnymi echami szczęku żelastwa i nużania się we krwi. Ożywiamy co roku nasz bogaty katalog klęsk, w którym jedną z pozycji jest bitwa grunwaldzka. Zakonowi nie został zadany ostateczny cios. Opieszałość Jagiełły spowodowała iż nie zdobył Malborka.
Miejmy nadzieję, że kiedyś ludzkie ambicje sięgną dalej i przestaniemy być dumni, iż udało nam się zabić drugiego człowieka, samemu pozostając przy życiu.
Andrzej Szmilichowski