Spowity jesienną szarugą, zmatowiały wiekiem kościół Riddarholmen, przypominał kamienne średniowieczne zamki. Ponurą ciszę i bezruch potęgował jeszcze plac Birger Jarls Torg. Niewiele ludzi zapuszcza się w tą okolicę, pomimo iż leży w centrum Sztokholmu. Żywi wyprowadzili się, ale umarłych bez liku. Dla historii którą zamierzam opowiedzieć zapewne nieistotne, ale w języku szwedzkim lik znaczy trup, zwłoki. Ukryty pod kamiennym brukiem placu średniowieczny cmentarz znikł dawno temu, ale pozostawił po sobie ponurą, niepokojącą wielu atmosferę.
W kruchtach Riddarholmen spoczywają królewskie sarkofagi, a wokół placu rozciąga się labirynt uliczek i zaułków wijących się pomiędzy cieniami niegdysiejszych urzędów miejskich. Nikt tu nie zagląda i nie zakłóca spokoju światu zjaw i duchów. To zdanie już napisałem i niech pozostanie, choć zupełnie mija się z prawdą. Zachodzę tu czasami choćby ja, o istotach z niematerialnego świata już nie wspominając.
Nieomal tysiącletnią historię Riddarholmen wypełniają długie szeregi brutalnych mordów. Zaułkami wokół kościoła uciekał w śmiertelnej panice hrabia von Fersen, zanim dopadł go kat i na miejscu poćwiartował. Tu odbywa swój wieczny spacer wokół pałacu Stenbock, ścięty w 1756 roku Erik Brahe, niosąc pod pachą własną głowę. Tędy spaceruje po nocach Karol XI. To tutaj w dwunastym wieku rycerz Bo Jonsson Grip rozszczepił przed ołtarzem kochanka żony. Tymi zaułkami, przenikając masywne mury pałaców zgrupowanych przy Birger Jarl Torg, odbywa wieczną wędrówkę zakapturzony najstarszy duch Riddarholmen czarny mnich Gideon, znikając w czeluściach murów wysypiska śmieci Starego Ratusza. Duchy Riddarholmen żyją.
Zdecydowałem się robić notatki ze zdarzeń. Trapią mnie ostatnio niewytłumaczalne niepokoje i chcę aby – w razie gdyby coś się stało – pozostał po mnie jakiś ślad. Być może pisanie o Riddarholmen nie ma wielkiego sensu, nieomal każdy sztokholmianin słyszał już kiedyś historie o duchach, ale jednak będę pisał. Może się kiedyś komuś nada?
Czyniąc dłuższą historię krótką powiem, że niedawno odwiedziłem tę wyspę cieni. Poszedłem tam na spacer z moim towarzyszem życia i przyjacielem, jamnikiem Feliksem. Przechodząc koło Riddarholmen uzmysłowiłem sobie, że nigdy nie byłem w środku, a przecież bardzo lubię stare kościoły. Wszedłem więc, tym bardziej że Feliks potrzebował na gwałt odpoczynku, z trudem już przestawiał swoje spracowane krótkie łapki.
Mikroskopijny kantorek, za szybą elegancki starszy pan. Na plakietce przypiętej do marynarki imię Alf. Zapłaciłem Alfowi, zostawiłem Feliksa koło kantorku, i ruszyłem w głąb nawy.
Nie, nie! Przepraszam, to czysta mistyfikacja co piszę! Powiem prawdę. Początkowo chciałem ukryć siebie pisząc w trzeciej osobie, ale stwarza mi to coraz większą niewygodę, a poza wszystkim jakoś nieuczciwie. Powiem wprost. Alf to ja, kustosz Riddarholmen, jedyny pracownik a zarazem stróż tej starej historycznej i sakralnej przestrzeni. Kiedyś byłem żołnierzem, oficerem, ale już od lat te mury stały się jakby moim drugim domem. Spędziłem ich tu tyle, że wszyscy królowie i ich potomki stali się nieomal moimi przyjaciółmi.
Riddarholmen został wybudowany w dwunastym wieku i przekazany mnichom. Od czasów wielkości naszej ojczyzny chowano tu regentów, ale dawno zaprzestano, ostatnia boża posługa miała miejsce w 1807 roku. Od tego czasu zapanowała wśród wspaniałych królewskich sarkofagów cisza. Tylko szlacheckie herby na ścianach, ja i Feliks.
Stąpałem co dnia po płytach nagrobkowych zdobnych w inskrypcje oraz czaszki z piszczelami i świetnie się tu czułem, jak w domu. Może dlatego, że nie boję się śmierci? Absolutnie się jej nie boję. Wierzę bowiem, że do życia zakotwiczony jestem tylko ciałem i kiedyś znowu ruszę w tą niczym nieskrępowaną podróż po szlakach wiecznego istnienia.
Mój spokój skończył się pewnego dnia. Idąc południową stroną kościoła kątem oka zauważyłem w niszy przyokiennej cień. Spojrzałem jeszcze raz, ale oprócz chłodu idącego z niszy nie zauważyłem nic więcej. Poszedłem dalej, ale spojrzałem po chwili ponownie, gdyż w powietrzu coś się stało, coś się zmieniło, było inaczej niż jeszcze przed chwilą. Spojrzałem na zegarek. Godzina siedemnasta, półmrok na zewnątrz i w kościele, okna zmatowiałe mrokiem. Nasza typowa skandynawska jesień.
Z głębi kościoła dobiegło głuche tąpnięcie. Po chwili jeszcze raz, tylko bliżej. Przypominało dudnienie powolnych mocnych kroków, jakby Golem szedł wzdłuż stalli. Spojrzałem w około, w kościele był tylko Feliks i ja, nikogo więcej. Odgłos kroków potężniał, widziałem wyraźnie jak sarkofag przy którym stałem drży!
Skamieniały ze strachu zamknąłem oczy. Kroki przeszły koło mnie, zadudniły na krętych schodach i znikły za głównym ołtarzem. Nagle wszystko ucichło. Otworzyłem oczy, cisza, spokój. Spojrzałem wzdłuż bocznej nawy, nic. Poszedłem do kantorku. Znowu stukot. Tym razem przytłumiony. Lekkie kroki zatrzymały się tuż przed okienkiem.
Wstrzymałem oddech i uniosłem się z krzesła. Wtedy zobaczyłem! Przed moimi oczami przesunęła się smuga cienia tak spójnego, że zamazała widok lichtarza stojącego pod ścianą naprzeciw. Jeszcze raz to samo, i znowu, cień spacerował przed okienkiem kantorku!
Drgnąłem. Z góry, jakby od podłużnego witrażowego okna, dobiegł silny trzask. Jak uderzenie kamieniem. Powtórny i mocniejszy, wydawało się, że okno pęknie! Potem jeszcze raz, ale dźwięk jakby zsuwał się w dół.
Wtedy go zobaczyłem z bliska. Nie wiem jak to określić, cień w cieniu, zgęstniały mrok. Nie wiedziałem twarzy, ale były to bez najmniejszych wątpliwości kontury ludzkiej postaci. Ludzkiej? Miałem silne wrażenie, że patrzy a mnie, przygląda mi się mocnym uważnym spojrzeniem. Patrzyliśmy sobie w oczy, cień i ja! Raptem, jak za dotknięciem czarodziejskie różdżki, znikł.
Wytarłem pot z czoła. Nigdy jeszcze, nigdy nie miałem uczucia, że chciałbym stąd jak najszybciej uciec! Przełamałem strach i obszedłem dokładnie cały kościół. Byliśmy tu tylko dwaj z Feliksem. Nie licząc…, kogo nie licząc?
Od tego czasu kroki powracały wiele razy. Zawsze w określonych ściśle okolicznościach, a więc jesienią, po godzinie siedemnastej. Cienia już więcej nie widziałem a do stuków i tąpnięć przyzwyczaiłem się. Łazi po kościele? A niech sobie łazi na zdrowie! Ludzie opowiadają, że to Karl XI tak hałasuje. No nie wiem. Dzielny i wojowniczy król wstawałby ze swojego pięknego sarkofagu, aby łazić po kościele? Bez sensu.
Ale leżeli tu i inni, którzy mieli prawo czuć się niespokojnie. Choćby Carl Nilsson Färla. W 1382 roku miał miłosną aferę z żoną swego krewnego, wysokiej rangi królewskiego urzędnika Bo Jonssona Gripa. Gdy afera wyszła na jaw, Grip w szale zazdrości dopadł Carla przed ołtarzem, na miejscu ukatrupił, i pociął ciało na cztery części. Podobno płyta grobowa Färla po pogrzebie rozpadła się na cztery części. Nie mówiąc o czarnym mnichu Gideonie. Widziało go wielu, jak w zsuniętym na oczy kapturze przemyka po Birger Jarls Torg. Kiedyś śmieciarze odmówili wywożenia śmieci ze Starego Ratusza, bo ich tam ciągle jakiś cień straszył. Słyszałem również, że jeden z moich poprzedników zwariował, gdy natknął się w podziemnych korytarzach kościelnego archiwum, na jakąś przerażającą, nieziemską istotę. Kto wie, może to Gideon tak go gruntownie przestraszył?
Jakby na dodatek do królewskich i innych tajemnic – które zapewne są jedynie rycerskimi sagami lub ludowymi baśniami, krążą z ust do ust niewinne jak biedronki i nie mając nic wspólnego z rzeczywistością – zdarzyło mi się coś, czego nie potrafię w żaden sposób wytłumaczyć, ale zdarzyło i można mnie – jak Färla, poćwiartować a nie wycofam jednego słówka.
Poprzednik Feliksa, również jamnik imieniem Oskar, zafundował mi zdumiewającą i niewytłumaczalną racjonalnymi sposobami historię. Otóż mieszkałem wówczas niedaleko i chodziliśmy z Oskarem na spacer najczęściej w okolicach Riddarholmen. Na krótkie spacery, gdyż Oskar był wystarczająco ociężały, ślamazarny i gruby, aby po piętnastu minutach patrzeć mi w oczy z wyrzutem.
Tego wieczoru przecięliśmy Birger Jarls Torg i zagłębili w zazwyczaj puste zaułki, obwarowane domami w surowym stylu, ponure budynki dawnych urzędów. Atmosfera tych uliczek była niepowtarzalna, pełna niewyjaśnionych tajemnic. Nikt na przykład nie wiedział dlaczego niektóre dokumenty znikały z archiwum Starego Ratusza, co się w końcu stało z pamiętnym lustrem Swedenborga, w których pokazywały mu się zjawy świętych, co to była za dziwna zielona masa pojawiająca się od czasu do czasu w jednej z bibliotek. Dziwna wyspa, bardzo dziwna.
Zeszliśmy, prawdę mówiąc zniosłem Oskara, po stromych kamiennych schodach prowadzących ku wodzie, skąd widać było Kungsholmen i dalej trzy korony Nowego Ratusza. Szliśmy wzdłuż brzegu, a ja przyglądałem się przepływającemu w oddali stateczkowi. Spojrzałem na Oskara, szedł ze spuszczona głową i czytał jak zwykle swoje zapachy. Spojrzałem ponownie na stateczek, przesunąłem wzrok ku Ratuszowi, i znowu na Oskara. Ale już go przy mnie nie było. Znikł! Obejrzałem się wokół, spojrzałem na schody, głośno wielokrotnie zawołałem jego imię. Na próżno, żadnego rezultatu.
To było zupełnie niezrozumiałe, Oskar nigdy się tak nie zachowywał. Poza tym ledwie wytrzymywał spokojne tempo moich kroków. Był o wiele za stary i słaby na bieganie. Sytuacja była zupełnie nierzeczywista, Oskar w ciągu zaledwie kilku sekund dosłownie wyparował!
Gdy po ostrym biegu w górę schodów – było absolutnie niemożliwe żeby Oskar mógł je sam pokonać, zadyszany wpadłem na plac, zobaczyłem go jak spokojnie i bez najmniejszej zadyszki obwąchującego mur narożnika Riddarholmen!
Nie dawało mi to spokoju dłuższy czas. Może to Gideon zagrał moją rolę i Oskar dał się na to nabrać? Może któreś z niesfornych dzieci Karla XI? Oscar bardzo lubił bawić się z dziećmi. Co by tu nie mówić, jakby nie podważać mojej prawdomówności, albo i poczytalności, Oscar wpisał się na długą listę tajemnic wyspy, którą niektórzy sztokholmianie nazywają Wyspą Cieni.
Andrzej Szmilichowski