Spektakle jazzowe Ibrahima Maaloufa

Mimo niecałych 40 lat, zdążył Ibrahim Maalouf zachwycić świat własnym stylem modulacji dźwięku i prowadzenia frazy.

Czterowentylowa trąbka (w klasycznej trąbce są trzy wentyle), umożliwia mu granie ćwierćtonami. Rozwiązanie to poszerza pole ekspresji, możliwym staje się granie w systemie maqam, czyli we wzorcu melodycznym muzyki arabskiej. Korzystając z 55 różnych skal melodycznych zawierających ćwierćtony, łączy Maalouf intonacje arabskie z frazowaniem jazzowym, okraszając to efektami muzyki elektronicznej i fusion rocka. W wywiadzie dla Jazz Soul.pl, urodzony w Bejrucie a mieszkający na stałe w Paryżu muzyk, przyznał, że kiedy otrzymywał gruntowne klasyczne wykształcenie muzyczne w paryskim konserwatorium nie myślał wcale o graniu jazzu czy muzyki fusion, i co ciekawsze, nie sądził, że uczyni z trąbki instrument na którym będzie chciał się wypowiedzieć najpełniej. Stało się tak później, i to z inspiracji jego ojca, który skonstruował czterowentylową trąbkę i który zamarzył by jego syn przełożył muzykę arabską na język „zachodniej muzyki”, nasycając ją emocjami Orientu.

To jednak nie konstrukcja trąbki, a tkwiący w Ibrahimie Maaloufie geniusz muzyczny sprawia, że powstaje muzyka, która upaja słuchaczy. Już pierwszy jego projekt, obejmujący 3 albumy „Dia” (Diasporas, Diachronism, Diagnostic), ukazał nam oryginalnego w swej wypowiedzi kompozytora, aranżera, instrumentalistę. Wkrótce świat miał się dowiedzieć, że jest również wybornym liderem bandu i uwielbianym przez publiczność showmanem. Zważywszy jego chęć do epatowania efektami dramatycznymi i scenicznymi, koncerty zaczęły coraz bardziej przypominać swoiste spektakle. Ibrahim nie stroni przy tym od błyskotliwej i dowcipnej konferansjerki, jak i dialogu z publicznością, którą wciąga poza tym do wspólnego aranżowania tego, co się dzieje na scenie.

Miałem dwukrotnie okazję słuchać jego popisów w domu koncertowym w Uppsali. Jak mówił podczas koncertu, lubi tam grać niemal na równi z graniem w Stambule. A tam lubi występować najbardziej. Jako, że obok płyt studyjnych można dziś posłuchać również utworów nagranych na żywo w różnych miejscach, a zebranych w albumie „Live tracks 2006-2016”, łatwo sprawdzić, że dopiero w wersji live jest Maalouf w swoim żywiole, nawet jeśli przyznamy, że nagrania studyjne pozwalają na lepsze dopracowanie aranżu.

Sam najchętniej wracam do nagrania z jego koncertu, który miał  miejsce w klubie Babylon w Stambule w 2013 roku (dostępny jest na Youtube). Pokazuje on klasę Ibrahima, ale i  jego francuskiego ansamblu, także i to, jak potrafią wprowadzić ludzi w trans.

Zajrzyjmy do klubu. Trwa koncert. Parter i balkon pełne ludzi, wszyscy na stojąco, pierwszy krąg słuchaczy przylega do sceny. Z ciszy i ciemności wyłania się delikatny motyw trąbki. Introdukcja przyjmuje zrazu postać natrętnej frazy, która obrasta sowicie serwowanymi ćwierćtonami. Trąbka wodzi nas na przemian głośnym i cichym dźwiękiem, by po chwili, hejnałowym wezwaniem, namówić do muzycznego natarcia cały, z nagła oświetlony rzęsistym światłem sceny, ansambl. W uszy wdziera się hałaśliwa sekcja blachy i jazgot elektrycznych gitar. Kaskady dźwięków nagle ustają, scenę obejmuje rozkołysana melodia trąbki. Słuchacze znają temat, zachęceni gestami lidera wyśpiewują zasugerowany przez Ibrahima motyw. Lider, przymknąwszy powieki, tka wokół niego swoje solo. Rozanielona publika współtworzy muzyczny seans wraz z muzykami.

Po chwili znów zmiana klimatu. Muzycy grają mainstreamowy numer, by po paru minutach przypiąć słuchaczy do zaprzęgu z ciężkim heavy graniem, które wytryskuje z wyjących gitar. Masywne riffy wznoszą w kosmos energetyczne frazy trąbki, publiczność pławi się teraz w ciężkiej zawiesinie hookerowego i hendrixowego grania. Kolejna zmiana nastroju: szybki bebopowy numer, niczym przecinek w zdaniu, które rozwija się następnie w najbardziej znany utwór Maaloufa.

To jego pieśń o Bejrucie. Łagodna melodia trąbki niczym lot mewy unosi się powoli nad horyzont, który wyznacza dyskretny riff basu i keyboardu. Lament trębacza, choć cichy, przypomina zaśpiew muezina, lot mewy nad miastem spokojny, ciepłe matowe frazy trąbki niespiesznie kołują nad zatoka i miastem na zboczu. Słuchacze, trzymając smartfony nad głowami, z zamkniętymi oczyma poddają się medytacyjnej sile rzewnego motywu, wiedząc że lot mewy może potrwać nawet kilkanaście minut. Kiedy kojące dźwięki pięknej melodii w końcu słabną a publiczność wydaje się pojednaną z trębaczem, następuje raptowne wybudzenie z transu. Mewa chyżo umyka, trąbka niczym z bicza zaczyna popędzać dęciaki, bębny i gitary. Następuje muzyczna eksplozja, która przebija sufit komnaty, pełnej dotąd nostalgicznego trwania. Salę wypełnia nawałnica szukających ujścia dźwięków, godna kulminacyjnych momentów w utworach Led Zeppelin. Hymn wyzwolenia ale i krzyk bezradności. Gwałtowna próba przecięcia węzła, którego nie da się rozsupłać. Tak kończy się ” Beirut”, utwór który Maalouf poświęcił swojemu miastu, miastu którego już nie ma. Można też posłuchać innej jego wersji tego utworu, skojarzonej z migawkami video, znakomicie portretującymi Bejrut, na  specjalnym filmiku w Youtube (miał już prawie 4 miliony kliknięć).

Czarodziejska  trąbka znów zmienia nastrój sali, wprowadzając nas niepodziewanie w świat …potoczystej salsy. Czujemy, że chce się nam płakać i tańczyć jednocześnie. Koncert trwa, kolejne utwory zaskakują zmianą tempa i barwą emocji, a nam zdaje się, że wirujemy niczym derwisze czując, że Ibrahim ma nad nami pełnię władzy. Jako muzyk i jako reżyser muzycznego spektaklu.

Zygmunt Barczyk

Lämna ett svar